wtorek, 26 maja 2015

ZIELONO MI


24 maja odbyło się ważne święto, Dzień Zielonych Świąt. Dla mnie jako członka Kościoła Zielonoświątkowego to bardzo ważne święto. Nasze nabożeństwo odbyło się w wynajętej hali Centrum Stocznia Gdańska - kultowe miejsce dla wolności i nowych zmian w naszym kraju. Dużo było przygotowań przed samym wydarzeniem, a jeszcze o wiele więcej rzeczy się działo w trakcie.

Ja od kilku dni już byłam na antybiotykach i reszty lekach. Różnie te dni znosiłam. Trochę się obawiałam jak może być ze mną w niedzielę, kiedy mam trochę rzeczy na głowie i jestem potrzebna w trakcie trwania nabożeństwa. Niestety od samego rana bolał mnie żołądek. Mój organizm źle reaguje na leki, które i tak otrzymuje w mniejszych dawkach niż wcześniej, a od początku mam już przygody. Stwierdziłam jednak, że się nie poddam, że pojadę na to ważne święto i dam z siebie tyle ile mogę. Nie mogę sobie pozwolić na to by choroba mnie powstrzymała, by blokowała wszystko co chcę i pragnę robić. Szczególnie by powstrzymywała mnie przed służeniem Bogu. 


Od godziny 08.30 byłam już na miejscu. Trzeba było ogarnąć rzeczy przed spotkaniem - szczególnie rzeczy związane ze multimediami i sceną. W trakcie byłam tak zwanym stage manager - osoba, która trzyma "pieczę" nad przebiegiem spotkania, podaje mikrofony, wodę itp. Zaczął się czas uwielbienia. Nie było mi łatwo. Ciągle mam w głowie mnóstwo pytań do Boga, ciągle się zastanawiam dlaczego choroba jest, co zrobiłam nie tak, co za mało zrobiłam ... Takie ludzkie rozterki w chwili zwątpienia i trudności. Zespół uwielbienia zrobił świetną robotę, było na maxa dobrze. Podczas tego całego czasu uwielbienia zastanawiałam się "jaką wiarę Bóg honoruje?", "jaka wiara tak naprawdę się mu podoba?" I nagle słowa jednej z pieśnie "I Ty mnie nigdy nie zawiodłeś. Wiem teraz też, nie zawiedziesz mnie" złamały moje serce. Jedyne co potrafiłam zrobić to powiedzieć Bogu przez łzy z niezrozumieniem sytuacji, że wiem, że on mnie nie zawiedzie. Po prostu muszę się tego chwycić. Nie zawiódł mnie nigdy, więc tego nie zrobi też teraz.


Całe spotkanie było niesamowite. Taki mały przedsmak tego jak może być, jak nasz kościół może wyglądać w przyszłości. Zmagałam się z bólem żołądka, ale ból mnie nie pokonał. Wyszło wszystko dobrze. Wszystko działało jak w zegarku ;) Po wspólnym nabożeństwie było jedno wielkie piknikowanie. 500 osób na wspólnym pikniku. Oczywiście z rzeczy, które były na pikniku nie mogłam nic zjeść, ale otrzymałam małą niespodziankę od naszych grillujących panów - pieczone ziemniaki, bym z głodu nie padła. DZIĘKUJĘ jeszcze raz za pamięć o mnie :) Pogoda nam dopisała więc było super. Chilli na kocach, dobre jedzenie, budujące rozmowy, nowe znajomości. Tak może wyglądać kościół każdej niedzieli, gdzie spotykają się ludzie by spędzić czas w Bożej obecności, ale też z innymi osobami, którzy Cię akceptują, są przy Tobie w chwilach trudnych, są wsparciem, kiedy Ty już nie masz sił, dają pocieszenie, kiedy Tobie tego brak. Jestem dumna, że mogę być częścią takiego kościoła.


Po wszystkim padłam jak mucha i dopiero odczułam ile z siebie dałam i jak słaba jestem. Coś się obawiam, że na drugi dzień będę odczuwać skutki spędzenia niedzieli na najwyższych obrotach. Jednak było warto. Po prostu było warto! Zrobiłam bym to jeszcze raz. Nie akceptuje choroby w swoim życiu i nie dam się jej zatrzymać.



Foto: Piotr Lemański




czwartek, 21 maja 2015

Dobre dni


Zimą nadeszły dobre dni. Jak na ironię - zimą. Byłam na niesamowitej konferencji EXODUS, która była organizowana w lutym w Ergo Arenie. Nie będę ściemniać, że konferencja była typowo chrześcijańska, ponieważ można było to wywnioskować z reszty moich postów, że jestem osobą wierzącą w Boga. I wierzę w moc modlitwy i tego co w Biblii jest napisane. 

Więc po tej konferencji nadeszły dobre dni. Znikła codzienne gorączka, nie byłam już co chwilę zmęczona, zero objawów jakiejkolwiek choroby. Za to wróciła radość, siła, uśmiech. Uwierzyłam w to, że wydarzyło się coś w moim życiu, że nastąpił jakiś przełom. Nawet mój lekarz w to uwierzył i pozwolił mi odstawić leki, widział po mnie, że czuję się o niebo lepiej więc po co faszerować mnie tak mocnymi antybiotykami. Zaczęłam cieszyć się każdym dniem jaki był mi dany. Cieszyć się każdą chwilą i doceniać to co się ma, a nie myśleć o tym, czego się nie ma. Po sześciu tygodniach miałam zrobić badania kontrolne na LTT Chlamydię (test transformacji blastycznej limfocytów) by udowodnić sobie, że doświadczyłam cudu.

Niecały miesiąc później kontrolna wizyta u ginekologa. Złe wieści. Guzy na jajnikach się powiększyły. Trzeba jak najszybciej operować. Więc po pierwsze badań na LTT nie mogłam zrobić, po drugie - operacja? już? natychmiast? Trzeba było zrobić też badanie krwi na CA125 (markery nowotworowe). Wynik - też zły. Pierwsze myśli - co się dzieje? Przecież nie tak miało być. Miałam przez chwilę niepewność w serduchu, że może znów chlamydia atakuje, ale szybko odrzuciłam tą myśl. Wyznaczyli mi termin operacji po świętach Wielkanocnych. Strach w takiej sytuacji jest odczuwalny, czy go chcesz, czy go nie chcesz. Moje operacja z tego co mi później mówiono, do łatwych nie należała. Jednak wszystkie guzy usunięte. Czekanie na wyniki biopsji. Badań na LTT po operacji też nie mogłam zrobić, ponieważ narkoza w organizmie potrafi utrzymać się przez miesiąc, a to dało by zakłamany wynik. Więc czekanie na biopsję i czekanie na kolejne badania.

Bardzo wolno i ciężko wracałam do siebie po operacji. Trochę mnie to martwiło. Inne kobiety, które ze mną leżały na oddziale dwa dni później śmigały po korytarzach szpitala, a ja słabłam przy zwykłym siedzeniu w szpitalnym łóżku. Tłumaczyłam sobie, że ja jestem po walce z bakterią, więc moje siły i odporność są na totalnym wyczerpaniu, więc mam prawo wolno wracać do zdrowia. Tak sobie to tłumaczyłam, nie chciałam dopuszczać myśli, że może to być coś innego. Dwa tygodnie zwolnienia nawet nie pomogły. Dalej byłam bardzo słaba, a ból w miejscu operacji czasem był nie do zniesienia. Powtarzałam sobie: bądź silna, bądź dzielna, dasz radę. Więc rada lekarza -  kroplówka z Thiogammy (kwas a-liponowy, poprawia wewnątrz nerwowy przepływ krwi, podnosi poziom glutationu w organizmie oraz działa jako przeciwutleniacz). Poczułam się po niej o wiele lepiej.

W między czasie kolejna wizyta u neurologa. Z kręgosłupem lepiej, widać, że stawy międzykręgowe które były zniszczone przez bakterię, odbudowują się. Jest! W końcu jakaś dobra wiadomość. Niestety nie w 100%. Neurolog zauważył jakiś problem w odcinku piersiowym kręgosłupa. Za miesiąc zrobić RTG. O co c'mon!

Minął miesiąc od operacji, więc czas na badania krwi. No stres był, no może nie przy oddawaniu krwi, ale bardziej z tego, że znów czeka mnie 2 tygodnie czekania i prawda wyjdzie na jaw. Na początku maja przyszły wyniki biopsji - dzięki Bogu to nie rak! super!

W środę 20 maja odebrałam wyniki LTT Chlamydia. Prawda wyszła na jaw - jestem dalej chora. Skończyły się dobre dni.