24 maja odbyło się ważne święto, Dzień Zielonych Świąt. Dla mnie jako członka Kościoła Zielonoświątkowego to bardzo ważne święto. Nasze nabożeństwo odbyło się w wynajętej hali Centrum Stocznia Gdańska - kultowe miejsce dla wolności i nowych zmian w naszym kraju. Dużo było przygotowań przed samym wydarzeniem, a jeszcze o wiele więcej rzeczy się działo w trakcie.
Ja od kilku dni już byłam na antybiotykach i reszty lekach. Różnie te dni znosiłam. Trochę się obawiałam jak może być ze mną w niedzielę, kiedy mam trochę rzeczy na głowie i jestem potrzebna w trakcie trwania nabożeństwa. Niestety od samego rana bolał mnie żołądek. Mój organizm źle reaguje na leki, które i tak otrzymuje w mniejszych dawkach niż wcześniej, a od początku mam już przygody. Stwierdziłam jednak, że się nie poddam, że pojadę na to ważne święto i dam z siebie tyle ile mogę. Nie mogę sobie pozwolić na to by choroba mnie powstrzymała, by blokowała wszystko co chcę i pragnę robić. Szczególnie by powstrzymywała mnie przed służeniem Bogu.
Od godziny 08.30 byłam już na miejscu. Trzeba było ogarnąć rzeczy przed spotkaniem - szczególnie rzeczy związane ze multimediami i sceną. W trakcie byłam tak zwanym stage manager - osoba, która trzyma "pieczę" nad przebiegiem spotkania, podaje mikrofony, wodę itp. Zaczął się czas uwielbienia. Nie było mi łatwo. Ciągle mam w głowie mnóstwo pytań do Boga, ciągle się zastanawiam dlaczego choroba jest, co zrobiłam nie tak, co za mało zrobiłam ... Takie ludzkie rozterki w chwili zwątpienia i trudności. Zespół uwielbienia zrobił świetną robotę, było na maxa dobrze. Podczas tego całego czasu uwielbienia zastanawiałam się "jaką wiarę Bóg honoruje?", "jaka wiara tak naprawdę się mu podoba?" I nagle słowa jednej z pieśnie "I Ty mnie nigdy nie zawiodłeś. Wiem teraz też, nie zawiedziesz mnie" złamały moje serce. Jedyne co potrafiłam zrobić to powiedzieć Bogu przez łzy z niezrozumieniem sytuacji, że wiem, że on mnie nie zawiedzie. Po prostu muszę się tego chwycić. Nie zawiódł mnie nigdy, więc tego nie zrobi też teraz.
Całe spotkanie było niesamowite. Taki mały przedsmak tego jak może być, jak nasz kościół może wyglądać w przyszłości. Zmagałam się z bólem żołądka, ale ból mnie nie pokonał. Wyszło wszystko dobrze. Wszystko działało jak w zegarku ;) Po wspólnym nabożeństwie było jedno wielkie piknikowanie. 500 osób na wspólnym pikniku. Oczywiście z rzeczy, które były na pikniku nie mogłam nic zjeść, ale otrzymałam małą niespodziankę od naszych grillujących panów - pieczone ziemniaki, bym z głodu nie padła. DZIĘKUJĘ jeszcze raz za pamięć o mnie :) Pogoda nam dopisała więc było super. Chilli na kocach, dobre jedzenie, budujące rozmowy, nowe znajomości. Tak może wyglądać kościół każdej niedzieli, gdzie spotykają się ludzie by spędzić czas w Bożej obecności, ale też z innymi osobami, którzy Cię akceptują, są przy Tobie w chwilach trudnych, są wsparciem, kiedy Ty już nie masz sił, dają pocieszenie, kiedy Tobie tego brak. Jestem dumna, że mogę być częścią takiego kościoła.
Po wszystkim padłam jak mucha i dopiero odczułam ile z siebie dałam i jak słaba jestem. Coś się obawiam, że na drugi dzień będę odczuwać skutki spędzenia niedzieli na najwyższych obrotach. Jednak było warto. Po prostu było warto! Zrobiłam bym to jeszcze raz. Nie akceptuje choroby w swoim życiu i nie dam się jej zatrzymać.
Foto: Piotr Lemański




