środa, 14 stycznia 2026

Count your blessings

 


Naucz nas dobrze liczyć nasze dni, Aby nasze serca mogły zyskać mądrość!

Psalm 90;12 (SNP)


Słowa te pochodzą z najstarszej księgi świata i ciągle najbardziej  popularnej jaką jest Biblia. I czemu się do nich odnoszę? 

To prośba człowieka (mnie) do Boga bym żyła świadomie, pamiętając o tym, że czas jest ograniczony i chcę móc nauczyć się cieszyć się każdą chwilą. I chcę pamiętać o tych chwilach. Chyba to jeszcze ma dla mnie mocniejszy wydźwięk - pamiętać. Nadawać wartości każdemu dniu. 

"Dobrze liczyć" znaczy:

  • żyć mądrze
  • cieszyć się z dobrych rzeczy, które Cię spotykają
  • nie odkładać tego co ważne na później
  • widzieć i mieć sens życia oraz jego cel
  • używać CZASU odpowiedzialnie (nie marnować minut na bezsensowne rzeczy)
  • umieć zrobić przerwę, odpocząć, nie spalić całego życia na ciągłym zabieganiu i robieniu rzeczy na wczoraj
  • mieć świadomość, że nie każda relacja trwa wiecznie i niektóre są tylko na sezon
  • wybierać to co daje długofalowe dobro a nie tylko chwilową przyjemność (choć nie piszę, że one są nie ważne)
Jednak człowiek jest tak dziwnie skontruowany, że bardziej pamięta ta złe sytuacje, momenty, niż dobro które je spotyka. Jakbyś chciał sam się dobić niż uleczyć. Niestety złe sytuacje dotykają naszego poczucia bezpieczeństwa i sensu i włącza się nam naturalnie mechanizm przetrwania - więc to bardziej odbija się na Twojej psychice i dłużej to pamiętasz. 

Dobra codzienność bywa cicha. Jest spokojna, powtarzalna, czasem mało spektakularna. Chcę zauważać dobre rzeczy, które mnie spotykają. Chcę móc je zapamiętać, chcę o nich wiedzieć. Chcę świadomie zatrzymać dobre chwile. Jak to zrobić? Kupiłam sobie słoik, do którego wrzucam karteczki. Na każdej kartce jest data oraz krótki opis tego co się wydarzyło. Na przykład: odwiedził mnie mój brat i razem zjedliśmy kolację (mieszkamy w różnych miastach w Polsce, więc wspólna kolacja to dla nas rzadkość). Więc co zrobiłam? Zapisałam datę, co się wydarzyło, złożyłam karteczkę w kwadrat i wrzuciłam do słoika. 

31 grudnia 2026 roku wezmę ten słoik, wysypię karteczki i zacznę czytać. Będę wspominać o tym co dobrego się wydarzyło. Będę dziękować za to co się wydarzyło i chcę wierzyć w to, że ilość dobrych rzeczy, momentów będzie o wiele większa niż tych złych. 

Tak będę się uczyć liczyć dobrze moje dni.




Piosenka do tekstu: Count your blessings

wtorek, 6 stycznia 2026

Stranger Things ERA

 


1 stycznia 2026 zakończyła się pewna era. Era serialu Stranger Things na Netflixie. Czy byłam jedną z tych osób, które czekały do drugiej w nocy by obejrzeć finałowy odcinek? No pewnie, że nie ;) Ja byłam jedną z tych osób, która postanowiła iść spać, a rano nie odpalając żadnych social mediów ( by uniknąć spojlerów) odpalić TV by przy noworocznym śniadaniu z kawą z przelewu oglądać na spokojnie odcinek. I powiem wam to była bardzo dobra decyzja. Byłam wyspana - punkt dla mnie i mojego organizmu, Netflix się nie crush'ował i można było w ciszy poranku przeżywać emocje ekranu. 

Czy finałowy odcinek mnie rozczarował? Nie. Zupełnie nie. Widziałam, że wiele osób miało pretensje o to "jak szybko zginął Vecna". Ja nie uważam, że szybko; trzeba było 10 lat i 5 sezonów by zginął ;) Po drugie rozumiem koncept, że jedynym miejscem w którym można było go zlikwidować  to właśnie ta dziwna pustynia gdzie był połączony z Mind Flayerem i to, że zrobili to razem, że sama Eleven nie wystarczyła. Trzeba było całej drużyny tak jak chyba przystało na grę Doungeons & Dragons. I to są takie emocje jakie oczekujesz oglądając jeden ze swój ulubionych seriali. 

Ten serial trwał 10 lat. Jak sobie pomyślę ile w ciągu 10 lat wydarzyło się w moim życiu (sic!). Oglądając też aktorów, grających główne role, jak oni się zmienili, jak dojrzeli,  jak wydorośleli - wiesz, że minęło wiele lat. I dlatego chyba ten finałowy odcinek budził wiele emocji wśród fanów, ale też we mnie. Pamiętam jak zaczynałam pierwsze odcinki - byłam zafascynowana samym pomysłem na serial i grą wtedy jeszcze dzieciaków. Potem kolejne sezony. 

I chyba największy efekt zrobił na mnie sezon czwarty. Muzyka w serialu, lata 80, neony, kolory użyte w obrazie, stylówki. No miałam wrażenie, że ktoś mnie transportował w przeszłość ;) plus do tego odpalanie odcinków na Netflix Party, gdzie mogłam z kumplem z drugiej części polski oglądać ten sam odcinek i na  bieżąco komentować co się dzieje. Jeeeejjjuu opowiadam o tym jak bym miałam już z 70 lat ;) ale dlatego też, uważam, że kończy sie pewna era. Bo to jak wiele też się zmieniło w tym czasie na świecie, jak wiele w tym czasie się zmieniło w moim życiu, powoduje, że włącza mi się sentymentalny vibe :)

Więc 1 stycznia skończyła się dla mnie pewnie era. 

Mój ranking serialu względem sezonów:
  1. Sezon 1
  2. Sezon 4
  3. Sezon 3
  4. Sezon 5
  5. Sezon 2
Serial niósł ze sobą też muzykę. I pewne utwory chyba już zawsze będą mi się kojarzyć z tym serialem(kolejność przypadkowa):
  1. Never Ending Story - za każdym razem się uśmiecham jak słyszę ten utwór - szczególnie jak przypomnę sobie reakcję paczki, kiedy Dustin i Suzie zaczęli śpiewać. Plus - znowu sentymentalny vibe - piosenka z filmu mego dzieciństwa
  2. Kids - ścieżka dźwiękowa, która tak mocno odzwierciedla vibe tego serialu
  3. Running Up That Hill - kultowa muzyka 4 sezon, która tak wiele opisuje emocji i nastroju
  4. Purple Rain - luuuudzie słucham tego codziennie od 1 stycznia (!), idealnie dopasowany utwór do pożegnania oraz flashback'ów związanych z relacją Mike i Eleven
  5. Heroes- "we can be heroes, just for one day"
  6. Should I stay or Should I Go - kod Morse'a i sezon 2
  7. End of Beginning - ta piosenka, nigdy nie była użyta w serialu, ale że wykonują ją Steve (Joe Keery) to jednak chyba wszystkim i tak się kojarzy z vibem Strangerów - przynajmniej ja tak mam
To są chyba moje fav utwory, przy których mam dobre wspomnienia i jak je słyszę to od razu mam w głowie urywki z serialu. 

I na sam koniec. Z prawie każdej sztuki można wyciągnąć przesłanie dla siebie, jeśli dobrze się wsłuchasz w to co druga strona (ha!) ma do powiedzenia. Ikoniczna scena rozmowy Hoppera z Mikiem i myślę, że słowa, do których ja będę często wracać w swoim życiu. Dlaczego? Ponieważ mam tendecję do obwiniania się, to brania na siebie odpowiedzialności za cudze decyzje i błędy:

"What happened is not your fault. The way I see it, you got two roads ahead of you. 
You got one road where you keep blaming yourself for what happened. You keep going over in your head over and over had you could have done differently. You push people away and you suffer because that's what you think you deserve. 
And then there's another road when you find a way to accept what happened. Find a way to accept her choice. Doesn't mean you gotta like it. Doesn't mean you gotta understand it. Never think about it. You just accept it. You live the best goddamn life you can".

Są pewne sytuacja w Twoim życiu, na które nie masz wpływu, ale to JAK NA NIE ZAREAGUJESZ to już totalnie zależy od Ciebie. Jeśli mam na coś wpływa, chcę móc podjąć jak najlepszą decyzję, ale jeśli nie mam na to żadnego wpływu i dzieją się rzeczy dla mnie totalnie nie zrozumiałe, chcę w tym roku mieć inne podejście. Takie by wziąć z danej sytuacji to co dobre dla mnie. Takie by nie brać na siebie poczucia winy za decyzje innych. Takie by pomimo bólu, iść dalej, brnąć do przodu i pozwalać temu co czuje kształtować mój charakter. Takie by mimo zła, starać się zobaczyć światło w tunelu. Takie by na koniec móc sobie powiedzieć - ej laska! wykonałaś nieziemską robotę - bądź z siebie dumna. 

I kto by pomyślał, że z taką rozkimną wkroczę w 2026 roku po obejrzeniu finałowego odcinku jednego z moich fav seriali. 

niedziela, 4 stycznia 2026

Zaczynamy "OdNowa"


 Rok 2026. Od prawie 9 lat nie pisałam nic na tym blogu. Po prostu nic. Zaczynam OdNowa i tak,  specjalnie tak napisałam to słowo. Dlaczego? Bo możesz je sobie sam zinterpretować (śmiało daj znać co myślisz) i bo ma dla mnie dwa znaczenia. Pewnie zastanawiasz się jakie, już tłumaczę. 

Mogę właśnie zacząć od nowa prowadzić swój blog i dzielić się tym co się dzieje w życiu, co się dzieje w wielkim mieście jakim jest Warszawa - ah tak, mieszkam w WWA; co się dzieje w moim świecie na Mordorze (nazwa stworzona przez korporacyjny warszawski slang), gdzie pracuję. Mogę zacząć od nowa dzielić się "życiem" w taki sposób w jakim ja chcę. A co tutaj będzie? Mhhmm zastanawiam się nad kilkoma kwestiami, ale nie chcę niczego ani wam ani sobie obiecywać. Zobaczę co życie przyniesie. Zobaczę jaki to będzie rok, jakie tak naprawdę będę kolejne dni. 

Po prostu nagle coś mnie tknęło by zacząć pisać, by znów zacząć pisać. Co z tego wyjdzie to nie wiem, ważne chyba by zacząć i zobaczyć dokąd kolejne kroki mnie zaprowadzą. 

Drugi znaczenie - mogę też przeżyć odnowę. Odnowę umysłu, odnowę ciała, odnowę ducha. Jest nowy rok, więc czemu nie zacząć od zera? Czemu nie zacząć pewne rzeczy, ludzi, sytuację odcinać ze swojego życia i wprowadzić do niego odnowę. A czemu tego potrzebuję? Bo rok 2025 mnie rozjechał jak buldożer, który przesuwa gruz, równa teren. Ja zostałam tak zrównana z ziemią. A grudzień ... o ludu grudzień, jeden chyba z trudniejszych emocjonalnie miesięcy - choć wiele takich miałam w poprzednim roku (sic! jak dziwnie pisać, że 2025 to już poprzedni rok). 

Jak zawsze gdy zaczyna się nowy rok, wszędzie, dosłownie wszędzie zasypują nas "noworocznymi postanowieniami". Nie cierpię noworocznych postanowień, bo tak naprawdę już w lutym się okazuje, że nie mają sensu - bo życie tak Cię weryfikuje, że trzeba zmienić postanowienia. Bo zawalasz już jedno z wielu  postanowień i zaczyna cię łapać frustracja, złość i bezsensowność Twoich własnych założeń. Bo co to człowiekowi już na sam początek roku? Ja w tym roku zdecydowałam się na coś nowego. Nie będą to noworoczne postanowienia, ale pewnie pytania, które chcę sobie zadawać każdego miesiąca. Te pytania maja mi pomóc zmierzać do celów i marzeń - bo przecież każdy z nas ma coś co chciałby osiągnąć w swoim życiu. 

Pytania:

  1. Kim chcę się stać?
  2. Jaki nawyk powinnam sobie wypracować?
  3. Jakiego nawyku muszę się całkowicie pozbyć?
  4. Przed kim się rozliczam ze swoich postaw, zachowań? Kto jest strażnikiem tego, kiedy skręcam w złym kierunku?
  5. Czy to kim chcę być i co chcę osiągnąć w swoim życiu jest konkretne, mierzalne i osiągalne?

Tym właśnie chcę się kierować w tym roku. W każdej sytuacji w jakiej się znajdę, w emocjach jakie będą mi wtedy towarzyszyć, chcę móc umieć odpowiedzieć sobie na powyższe pytania i nie mieć do siebie pretensji jak coś nie wyjdzie. Zobaczyć co w danym miesiącu mnie spowalnia (zły nawyk) a co dodaje mi skrzydeł (dobry nawyk). Mieć osobę/osoby przed którymi będą mogła być transparentna, którzy będą potrafili powiedzieć dobre słowo, ale też "walnąć mi kazanie" kiedy będzie trzeba. I na koniec nie wyznaczać sobie rzeczy, zmian, celów, które nie są osiągalne bo tylko takie coś doprowadza mnie osobiście do frustracji własną osobą i złymi myślami o sobie. Nie chcę tak. Małymi krokami do celu, a nie skokami nad przepaścią. 

Sytuację w naszym życiu nie mają nas dobić i wbić w ziemię; choć próbują, ale mają nas czegoś nauczyć. Chcę z tego roku jak najwięcej wziąć dla siebie i swojego rozwoju, by stać się lepszych człowiekiem. 

By być ECHEM DŹWIĘKU NIEBA. 

Tego wam właśnie życzę w Nowym Roku. 

środa, 31 maja 2017

Vermox


No i zaczęło się na nowo. Leczenie. Tabletki. 

Zaczęłam leczenie Toxocary. Na razie z chlamydią i mycoplasmą mam poczekać do kolejnych wyników. Będę brała tabletki w pulsach. Czyli 10 dni brania, potem 21 dni przerwy, 10 dni brania, znów 21 dni przerwy, 10 dni brania i wtedy badanie krwi, czy dalej Toxo występuje w moim organizmie, 

Więc zaczęłam brać Vermox. To taka tabletka, która ma wybić larwy Toxocary-czyli tak zwany lek pasożytniczy. Jak w każdym z leków mogą występować działania niepożądane. Takie jak biegunka, ból brzucha, zawroty głowy i reakcje uczuleniowe. 

U mnie już podczas drugiego dnia przyjmowania leków zaczęły się nudności i trochę problem z koncentracją. Biegunka zaczęła się już od 1 dnia przyjmowania leku. Poinformowałam lekarza, że już mam jakieś reakcje na lek, a on potwierdził tylko to co się domyślałam. Że tych larw w organizmie mam dużo, skoro już drugiego dnia wystąpiły reakcje, Choćby nie wiem co, trzeba wytrzymać cały puls - czyli 10 dni. Nie jest łatwo,  na serio nie jest. Nudności coraz większe, zawroty głowy. Koncentracja coraz słabsza i zmęczenie totalne. Na nudności jedyne co mi pomagało to Pepsi. Dotrwałam do 10 dni. Hura! Dzielna byłam. Czasem walka o zdrowie jest ważniejsza niż stan jaki jest w jej trakcie. 

Weekend miałam dość intensywny, ale za to bardzo dobrze go wspominam. To były już dwa ostatnie dni brania Vermoxu, więc tym bardziej się cieszyłam, że pierwszy puls jest za mną. W sobotę wieczorem trochę gorzej się czułam, ale na szczęście ze znajomymi oglądaliśmy film, więc mogłam się zapaść w fotel i odpocząć. 

Poniedziałek, pierwszy dzień bez leku. Ulga. Choć od rana jakoś tak dziwnie się czułam. Niby słabo, ale nie na tyle by zostać w domu. Myślałam, że może lekko zmęczona jestem. W pracy byłam lekko blada, posiedziałam chwilę przed kompem i nagle oblał mnie tak zwany "zimny pot"  i czułam, że coś jest nie tak. Na szczęście pracuję w Centrum Medycznym więc od razu swoje nogi skierowałam do gabinetu zabiegowego. Doszłam do drzwi i powiedziałam mojej koleżance, że źle się czuję. Wiem, że mi odpowiedziała ale co się potem działo to nie pamiętam. Zemdlałam. Urwał mi się film. Zaczęłam coś kontaktować jak mnie posadzili na wózku i zawieźli do gabinetu. Dostałam kroplówki wzmacniające a potem odwieźli mnie do domu. W domu po prostu poszłam spać. Oczywiście mój lekarz poinformowany o całym wydarzeniu. 

Dzisiaj piszę do mojego lekarza sms, że potrzebuję recepty na Vermox na kolejny puls. On mi odpisuje "Aga czy Ty jesteś gotowa? Ostatni puls skończył się omdleniem".

Nie wiem czy jestem gotowa. Wiem, że chcę wyzdrowieć.

sobota, 20 maja 2017

Deja vu


Jak co miesiąc robiłam badania, by kontrolować przebieg choroby. Od wrześnie nie biorę żadnych leków, dobrze się czułam, ale wraz z lekarzem uzgodniliśmy, że będę badać się co 1 - 1,5 miesiąca by w razie konieczności reagować. Tak się cieszyłam przez tyle miesięcy, że wyniki trzymały się normy - w sensie ciągle miałam dodatnie wyniki, ale bliżej szło to ku uzdrowieniu a nie pogorszeniu. I tak też sądziłam, że będzie w tym miesiącu. Jak zwykle lekki stresik był podczas oczekiwania, ale byłam pełna nadziei. 

Przez to, że już tak długo dobrze się czułam, wróciłam na 1/4 etatu do zawodu - groomer (psi fryjzer) extra kasa na wakacje zawsze się przyda ;) mój lekarz miał obawy co do tego, ale stwierdził, że jak chcę to, żebym spróbowała. Więc w związku z tym teraz zrobiliśmy więcej badań: Chlamydię pneumoniae w 3 klasach, Mycoplasmę pneumoniae w 3 klasach i Toxocare canis w 1 klasie. Czekałam na wyniki z wielką nadzieją, bo przecież ona umiera ostatnia. 

Chlamydia pneumoniae w klasie IgA i IgM mam wzrost, czyli świadczy o tym, że mam na nowo aktywną lub ekspozycje na dany antygen.

Mycoplasma pneumoaniae w klasie IgA i IgM też wzrosły, ale obawa jest taka, że na nowo się uaktywniłam.

Toxocara canis (Toksokaroza) wyszła niestety dodatnia w klasie IgA - czyli jest świeża. Tak zwana glista psia, gatunek nicienia  bytujący w organizmie psa i innych psowatych. Groźna odzwierzęca choroba pasożytnicza. Człowiek jest tylko przypadkowym żywicielem, gdzie źródło zakażenia może nastąpić w kontakcie ze skażoną glebą, nieumytym pokarmem i w kontakcie ze zakażonymi psami. W organizmie człowieka wykluwają się larwy o długości około 0,4mm. Przedostają się przez ściany jelita do krwiobiegu. Wraz z krwią migrują do różnych narządów organizmu  i osiedlają się w nich. Pozostając w tkankach powodują odczyn zapalny i niszczenie zainfekowanych tkanek. Niektóre trafiają do wątroby i tam giną, czasem jednak dochodzi do dalszej ich wędrówki i inwazji do tkanek płuc (jakby było mi mało z chlamydią i mycoplasmą), układu nerwowego, gałki ocznej(problem z widzeniem) i do mózgu (powodując zapalenie mózgu i napady drgawek). Larwy cechuje duża żywotność - pozostają w organizmie człowieka nawet przez kilka lat. Objawy chorobowe zależą od stopnia inwazji oraz umiejscowienia się larw w organizmie. Leczenie jest długotrwałe. Proces resorpcji (wchłaniania) zabitych larw, likwidacja stanów zapalnych wokół martwych już larw oraz proces naprawczy tkanek trwa bardzo długo (kilka tygodni, a nawet miesięcy.  

Czy ja mam wrażenie, czy ja już kiedyś takie coś pisałam?? Normalnie deja vu.
Znów długotrwałe leczenie, znów te strasznie samopoczucie. Naprawdę? Serio przez to mam jeszcze raz przechodzić?

Nie na to się pisałam oddając krew do badania ....







wtorek, 16 maja 2017

Nutella


Nie znam nikogo, kto by nie kochał Nutelli. I nie znam osoby, która chociaż raz w życiu jej nie spróbowała. Dla mnie to smak dzieciństwa, przyjemności, wakacji. I mogłabym ją jeść i jeść. Kiedyś była sprzedawana w takich szklankach 200ml i przyznaję, potrafiłam zjeść całą zawartość. 

Od kiedy zachorowałam kazano mi odstawić słodycze. I bywały dni, tygodnie, że nawet się tego trzymałam. Jakoś bardziej wytrwała byłam na początku choroby. Jednak jedna rzecz, którą zjeść musiałam to była nutella. Dla niej często wybijałam się z trzymania się zasad podczas procesu leczenia. Teraz im bliżej zwycięstwa, to stwierdziłam, że muszę znaleźć jakąś fajną alternatywę dla Nutelli, jej zdrową wersję. 

Ha! Sama na początku się śmiałam z tego. "Zdrowa Nutella" przecież to tak komicznie brzmi. Jednak gdy przeglądałam internety różnych blogerek, to zobaczyłam, że z daktyli można zrobić fajne rzeczy. 
I tak powstał pomysł stworzenia zdrowej nutelli.

Co jest potrzebne:
  • miarki z Ikei (nie potrafię się bez nich obejść)
  • suszone daktyle
  • mleko (zwykłe, sojowe, kokosowe, migdałowe - co lubicie)
  • kakao
  • orzeszki ziemne solone i smażone firmy Alesto (do kupienia w Lidlu)
  • inulina (jak ktoś chce)
  • olej kokosowy
Przyrządzenie:
  • 4x100ml (miarka Ikei) suszonych daktyli
  • 1x100ml orzeszków ziemnych
  • 1x100ml mleka
  • 3x15ml kakao
  • 1x15ml oleju kokosowego
  • 1x1ml inuliny
To wszystko razem miksujemy w blenderze aż uzyskamy gładką masę, taką jak w Nutelli.
Tak zrobioną Nutellę przekładamy do słoiczka i trzymamy w lodówce. Uwierzcie mi, szybko zniknie :)

Smacznego!



poniedziałek, 27 lutego 2017

Infekcja


Infekcja, już trzecia w tym roku. Nie pisałam o tym, ale Nowy Rok powitałam grypą - gorączka, katar, ból w płucach. Bo jakimś czasie przyszła kolejna, a w środę powitała mnie trzecia partia. Tylko doszło teraz zapalenie krtani, w czwartek obudziłam się totalnie bez głosu. Nic nie mogłam powiedzieć, a jak już musiałam odpowiadać na pytanie mojego lekarza, to brzmiała jak Dzwoneczek z bajki Piotruś Pan (próbowaliście kiedyś zrozumieć co ona mówiła? ja próbowałam, nigdy nie rozumiałam co mówi). Tak w czwartek było ze mną. Nie należę do osób milczących, nie gadających, wręcz przeciwnie, a tu ....cisza. Pierwsza dwa dni były spoko, ale potem ...tak jakoś dziwnie, nic nie mogąc mówić. Myślałam, że może dostanę jakiś antybiotyk, ale mój lekarz stwierdził (oczywiście żartem) przez dwa lata brałaś antybiotyki, an pewno w organizmie Ci zostały więc sobie poradzą ;) Spojrzałam na niego wymownym wzrokiem, bo oczywiście dostałam zakaz mówienia przez najbliższe dni. A tak serio mówi - niech Twój organizm sam powalczy z chorobą, niech zacznie walczyć o siebie. No dobra - pomyślałam sobie, trzeba tylko jakoś sobie pomóc. 

Jak zwykle każda babcia na przeziębienia poleca rosół, ciągły pobyt w łóżku, herbatka z cytryną, miodem, imbirem. Ja nie za bardzo przepadam za rosołem, za to bardzo lubię barszcz. Niestety moja babcia mieszka daleko, więc sama sobie musiałam zrobić zupkę. Wyszła mi pyszna! Aż ta cecha skromności ;)


Oto proporcje (według miarek z Ikea):
  • garnek taki na 1- 2l
  • 2 - 3 starte buraki
  • 3 liście laurowe
  • 1 kostka warzywna winiary
  • 6 x 1ml majeranku
  • 9 x 1ml cukru
  • 1 x 1ml pieprzu (no troszkę mniej niż całość)
  • 1 x 1ml czosnku (w proszku)
  • 2 x 1ml soli himalajskiej (jest zdrowsza, niż zwykła, ale jak nie masz himalajskiej, to użyj zwykłej)
  • 1 x 1ml rozmarynu
  • 1 x 1ml papryki słodkiej
  • wszystko zalewamy wodą, prawie do pełna garnka
  • gotujesz, aż zobaczysz, że starte buraki miękną (najlepiej gotować na mniejszym ogniu)
  • ja lubię barszcz oczywiście z uszkami, ale w domu miałam tylko ryż i ziemniaki, więc gotowałam to na zmianę
Jednak jakie właściwości mają buraki. O tym właśnie skrobnę kilka słów. 

Burak ma naprawdę właściwości lecznicze. Zawdzięczą ją betalainom - barwnikom, które występują również w szpinaku. Barwniki te są silnymi przeciwutleniaczami i czterokrotnie zwiększają przyswajanie tlenu przez komórki. Dzięki nim mamy lepszą odporność (tak ważne w każdej infekcji), wolniej się starzejemy (ooo! jak się przyda), obniża ciśnienie krwi i dodaje sił. Buraki są bogatym źródłem żelaza mają też działanie wykrztuśne, pomagają więc przy kaszlu. Oczyszczają też jelita z toksyn. Wspomagają pracę wątroby oraz pracę serca, dzięki kwasu foliowemu, który usuwa z krwiobiegu homocysteinę - jej wysoki poziom, może powodować choroby serca. 

Wartości odżywcze w 100g surowych/ugotowanych
  • energetyczna 43/44 kcal
  • białko 1.61/1.68 g
  • tłuszcz 0.17/0.18 g
  • węglowodany 9.59/9.96 g
  • cukry proste 6.79/7.96
  • błonnik 2.8/2.0g
Witaminy:
  • C 4.9/3.6
  • B6 0.067/0.067
  • kwas foliowy 109/80
  • A 33/35
  • E 0.40/0.04
  • K 0.2/0.2
Minerały:
  • wapń 16/16mg
  • żelazo 0.80/0.79mg
  • magnez 23/23mg
  • fosfor 40/38mg
  • potas 325/305mg
  • sód 78/77mg
  • cynk 0.35/0.35mg
Tyle wartości odżywczych, witamin, minerałów. Wzmacnia odporność, przeciwdziała wirusom. Więc dlaczego zawsze na przeziębienia podaje się rosół??

Mam nadzieję, że będzie wam smakować. Smacznego! 

Wracam do zdrowia ;) wy też się trzymajcie!