środa, 31 maja 2017

Vermox


No i zaczęło się na nowo. Leczenie. Tabletki. 

Zaczęłam leczenie Toxocary. Na razie z chlamydią i mycoplasmą mam poczekać do kolejnych wyników. Będę brała tabletki w pulsach. Czyli 10 dni brania, potem 21 dni przerwy, 10 dni brania, znów 21 dni przerwy, 10 dni brania i wtedy badanie krwi, czy dalej Toxo występuje w moim organizmie, 

Więc zaczęłam brać Vermox. To taka tabletka, która ma wybić larwy Toxocary-czyli tak zwany lek pasożytniczy. Jak w każdym z leków mogą występować działania niepożądane. Takie jak biegunka, ból brzucha, zawroty głowy i reakcje uczuleniowe. 

U mnie już podczas drugiego dnia przyjmowania leków zaczęły się nudności i trochę problem z koncentracją. Biegunka zaczęła się już od 1 dnia przyjmowania leku. Poinformowałam lekarza, że już mam jakieś reakcje na lek, a on potwierdził tylko to co się domyślałam. Że tych larw w organizmie mam dużo, skoro już drugiego dnia wystąpiły reakcje, Choćby nie wiem co, trzeba wytrzymać cały puls - czyli 10 dni. Nie jest łatwo,  na serio nie jest. Nudności coraz większe, zawroty głowy. Koncentracja coraz słabsza i zmęczenie totalne. Na nudności jedyne co mi pomagało to Pepsi. Dotrwałam do 10 dni. Hura! Dzielna byłam. Czasem walka o zdrowie jest ważniejsza niż stan jaki jest w jej trakcie. 

Weekend miałam dość intensywny, ale za to bardzo dobrze go wspominam. To były już dwa ostatnie dni brania Vermoxu, więc tym bardziej się cieszyłam, że pierwszy puls jest za mną. W sobotę wieczorem trochę gorzej się czułam, ale na szczęście ze znajomymi oglądaliśmy film, więc mogłam się zapaść w fotel i odpocząć. 

Poniedziałek, pierwszy dzień bez leku. Ulga. Choć od rana jakoś tak dziwnie się czułam. Niby słabo, ale nie na tyle by zostać w domu. Myślałam, że może lekko zmęczona jestem. W pracy byłam lekko blada, posiedziałam chwilę przed kompem i nagle oblał mnie tak zwany "zimny pot"  i czułam, że coś jest nie tak. Na szczęście pracuję w Centrum Medycznym więc od razu swoje nogi skierowałam do gabinetu zabiegowego. Doszłam do drzwi i powiedziałam mojej koleżance, że źle się czuję. Wiem, że mi odpowiedziała ale co się potem działo to nie pamiętam. Zemdlałam. Urwał mi się film. Zaczęłam coś kontaktować jak mnie posadzili na wózku i zawieźli do gabinetu. Dostałam kroplówki wzmacniające a potem odwieźli mnie do domu. W domu po prostu poszłam spać. Oczywiście mój lekarz poinformowany o całym wydarzeniu. 

Dzisiaj piszę do mojego lekarza sms, że potrzebuję recepty na Vermox na kolejny puls. On mi odpisuje "Aga czy Ty jesteś gotowa? Ostatni puls skończył się omdleniem".

Nie wiem czy jestem gotowa. Wiem, że chcę wyzdrowieć.

sobota, 20 maja 2017

Deja vu


Jak co miesiąc robiłam badania, by kontrolować przebieg choroby. Od wrześnie nie biorę żadnych leków, dobrze się czułam, ale wraz z lekarzem uzgodniliśmy, że będę badać się co 1 - 1,5 miesiąca by w razie konieczności reagować. Tak się cieszyłam przez tyle miesięcy, że wyniki trzymały się normy - w sensie ciągle miałam dodatnie wyniki, ale bliżej szło to ku uzdrowieniu a nie pogorszeniu. I tak też sądziłam, że będzie w tym miesiącu. Jak zwykle lekki stresik był podczas oczekiwania, ale byłam pełna nadziei. 

Przez to, że już tak długo dobrze się czułam, wróciłam na 1/4 etatu do zawodu - groomer (psi fryjzer) extra kasa na wakacje zawsze się przyda ;) mój lekarz miał obawy co do tego, ale stwierdził, że jak chcę to, żebym spróbowała. Więc w związku z tym teraz zrobiliśmy więcej badań: Chlamydię pneumoniae w 3 klasach, Mycoplasmę pneumoniae w 3 klasach i Toxocare canis w 1 klasie. Czekałam na wyniki z wielką nadzieją, bo przecież ona umiera ostatnia. 

Chlamydia pneumoniae w klasie IgA i IgM mam wzrost, czyli świadczy o tym, że mam na nowo aktywną lub ekspozycje na dany antygen.

Mycoplasma pneumoaniae w klasie IgA i IgM też wzrosły, ale obawa jest taka, że na nowo się uaktywniłam.

Toxocara canis (Toksokaroza) wyszła niestety dodatnia w klasie IgA - czyli jest świeża. Tak zwana glista psia, gatunek nicienia  bytujący w organizmie psa i innych psowatych. Groźna odzwierzęca choroba pasożytnicza. Człowiek jest tylko przypadkowym żywicielem, gdzie źródło zakażenia może nastąpić w kontakcie ze skażoną glebą, nieumytym pokarmem i w kontakcie ze zakażonymi psami. W organizmie człowieka wykluwają się larwy o długości około 0,4mm. Przedostają się przez ściany jelita do krwiobiegu. Wraz z krwią migrują do różnych narządów organizmu  i osiedlają się w nich. Pozostając w tkankach powodują odczyn zapalny i niszczenie zainfekowanych tkanek. Niektóre trafiają do wątroby i tam giną, czasem jednak dochodzi do dalszej ich wędrówki i inwazji do tkanek płuc (jakby było mi mało z chlamydią i mycoplasmą), układu nerwowego, gałki ocznej(problem z widzeniem) i do mózgu (powodując zapalenie mózgu i napady drgawek). Larwy cechuje duża żywotność - pozostają w organizmie człowieka nawet przez kilka lat. Objawy chorobowe zależą od stopnia inwazji oraz umiejscowienia się larw w organizmie. Leczenie jest długotrwałe. Proces resorpcji (wchłaniania) zabitych larw, likwidacja stanów zapalnych wokół martwych już larw oraz proces naprawczy tkanek trwa bardzo długo (kilka tygodni, a nawet miesięcy.  

Czy ja mam wrażenie, czy ja już kiedyś takie coś pisałam?? Normalnie deja vu.
Znów długotrwałe leczenie, znów te strasznie samopoczucie. Naprawdę? Serio przez to mam jeszcze raz przechodzić?

Nie na to się pisałam oddając krew do badania ....







wtorek, 16 maja 2017

Nutella


Nie znam nikogo, kto by nie kochał Nutelli. I nie znam osoby, która chociaż raz w życiu jej nie spróbowała. Dla mnie to smak dzieciństwa, przyjemności, wakacji. I mogłabym ją jeść i jeść. Kiedyś była sprzedawana w takich szklankach 200ml i przyznaję, potrafiłam zjeść całą zawartość. 

Od kiedy zachorowałam kazano mi odstawić słodycze. I bywały dni, tygodnie, że nawet się tego trzymałam. Jakoś bardziej wytrwała byłam na początku choroby. Jednak jedna rzecz, którą zjeść musiałam to była nutella. Dla niej często wybijałam się z trzymania się zasad podczas procesu leczenia. Teraz im bliżej zwycięstwa, to stwierdziłam, że muszę znaleźć jakąś fajną alternatywę dla Nutelli, jej zdrową wersję. 

Ha! Sama na początku się śmiałam z tego. "Zdrowa Nutella" przecież to tak komicznie brzmi. Jednak gdy przeglądałam internety różnych blogerek, to zobaczyłam, że z daktyli można zrobić fajne rzeczy. 
I tak powstał pomysł stworzenia zdrowej nutelli.

Co jest potrzebne:
  • miarki z Ikei (nie potrafię się bez nich obejść)
  • suszone daktyle
  • mleko (zwykłe, sojowe, kokosowe, migdałowe - co lubicie)
  • kakao
  • orzeszki ziemne solone i smażone firmy Alesto (do kupienia w Lidlu)
  • inulina (jak ktoś chce)
  • olej kokosowy
Przyrządzenie:
  • 4x100ml (miarka Ikei) suszonych daktyli
  • 1x100ml orzeszków ziemnych
  • 1x100ml mleka
  • 3x15ml kakao
  • 1x15ml oleju kokosowego
  • 1x1ml inuliny
To wszystko razem miksujemy w blenderze aż uzyskamy gładką masę, taką jak w Nutelli.
Tak zrobioną Nutellę przekładamy do słoiczka i trzymamy w lodówce. Uwierzcie mi, szybko zniknie :)

Smacznego!