czwartek, 1 października 2015
DOBRY NEWS
Od prawie miesiąca miałam podejrzenie kolejne choroby. Tym razem choroba była we krwi, więc wesoło to nie brzmiało. Zrobiłam jedne badania, na których wyszło, że mam schiostosomatozę. Czym ona jest? Jak się objawia? Oczywiście musiałam doszukać się informacji by móc potem swojego lekarza wypytać o konkrety.
#Schistosomatoza
Nazwa grupy chorób pasożytniczych wywołanych przez przywry z rodzaju schistosoma haematobium, mansoni, intercalatum, japonicum, mekong. Choroba rzadko występuje w Polsce i jest uznana za chorobę tropikalną (what!). Schistosomatoza jest obok malarii najpoważniejszym w skali światowej parazytologicznym problemem zdrowotnym. Myślałam, że gorzej być nie może. Objawia się niecharakterystycznie: gorączką, kaszlem, bólem brzucha, biegunką, niekiedy występuję zajęcie ośrodka układu nerwowego, nadciśnienia płucnego, choroba ziarniniakowa rdzenia kręgowego, rak pęcherza moczowego oraz poprzeczne zapalenie rdzenia z porażeniem wiotkim.
Zastanawiałam się czy przypadkiem moje gorączki nie są wynikiem tej choroby.
#Badania
Oczywiście na NFZ nie ma takich badań, nawet w prywatnych laboratoriach nie robią konkretnie badań na tą chorobę. Więc trzeba było znowu szukać. Znalazłam jedną klinikę w Poznaniu, która robi badania na "dziwne choroby" - Wielkopolska Medycyna Podróży. Oczywiście koszt badań też niezły. Jednak wolałam mieć dodatkowe potwierdzenie czarno na białym, czy jest choroba, czy może jednak jej nie ma. Więc w Centrum Medycznym św. Łukasza w Gdańsku pielęgniarka pobrał mi krew i wysłali ją do Poznania. Na wynik miałam czekać około tygodnia. Kolejne dni pełne oczekiwania, nadzieji, wiary ...że może jednak tym razem będzie inaczej.
#Wynik
Dzisiaj odebrałam wynik. Diagnoza była jak słodycz najweselszej piosenki:
Wynik ujemny. W badanym materiale nie stwierdzono obecności swoistych przeciwciał skierowanych przeciwko antygenom charakterystycznych dla zarażenia schistosoma.
Dzisiaj niebo uśmiechnęło się do mnie i obdarowało mnie najsłodszym pocałunkiem. Co za dobra nowina! Pierwsza dobra wiadomość od kiedy się leczę! Więc teraz dalej do przodu, po kolejne dobre wieści.
sobota, 26 września 2015
FEVER
#Gorączka
Regulacja temperatury ciała stanowi ważny mechanizm zabezpieczający homeostazę. Utrzymanie właściwej temperatury ciała jest istotne dla m.in prawidłowego przebiegu procesów metabolicznych i niektórych procesów immunologicznych. Gorączka to podwyższona temperatura ciała ponad fizjologiczną normę. Dochodzi do tego na skutek przestawienia pożądanej temperatury ciała w podwzgórzu mózgu, które jest m.in. swoistym termostatem organizmu. Gorączka jest najczęściej odpowiedzią na stan chorobowy. Jej pierwotną funkcją jest ułatwienie zwalczania infekcji bakteryjnych, wirusowych i grzybiczych.
I może wszystko było by OK, bo przecież od dziecka słyszysz "masz gorączkę, to dobrze, to znaczy, że organizm walczy z chorobą" było by to prawdą, gdyby moje gorączki trwały kilka dni do tygodnia a nie już 2,5 miesiąca. Coś jest nie tak ...
#Klasyfikacja gorączki
Są różne przyczyny występowania gorączki. Klasa pierwsza to czynniki zakaźne: grypa, tężec, toxoplasmoza. Druga grupa to gorączki wywoływane przez proces nowotworowy: białaczka, czerniak. Trzecia grupa to stany wywoływane przez zaburzenia immunologiczne: toczeń, sarkoidoza, choroby alergiczne. Czwarta grupa to gorączki o przyczynach endokrynologicznych, metabolicznych i polekowych. Piąta grupa stanowi inne rodzaje gorączek oraz takie o nieznanej przyczynie.
#Przewlekła gorączka
Zgadnijcie w której ja się mieszczę klasyfikacji? ;) Pojęcie "gorączka nieznanego pochodzenia" jest umownym terminem określającym stany gorączkowe trwające dłużej niż 3 tygodnie, występujące u chorych u których nie udaje się ustalić ich przyczyny. Tak naprawdę jest problem by ustalić co się ze mną dzieje. Biorę przecież masę leków, większość to antybiotyki, które powinny niwelować gorączkę, jednak tak się nie dzieje. Przewlekła gorączka może oznaczać, że mam jakiś stan zapalny w ciele, że coś z immunologią organizmu jest nie wporządku lub fakt, że mój organizm się poddał i nie chce już walczyć z chorobą.
#Co dalej?
Żyję dalej! Walczę dalej! Korzystam z każdej chwili, ciesze się każdym momentem. Nie jest łatwo funkcjonować z gorączką, a co dopiero żyć pełną parą. Jednak pomimo tego nie mam zamiaru skryć się pod kołdrą i użalać się nad swoim losem - mam 100% powody by to robić - jednak czy to coś zmieni, spowoduje, że gorączka zniknie? Nie! Więc wychodzą spod ciepłej kołdry, ubieram się, idę do pracy z uśmiechem na ustach, po pracy wypad na miasto, spotkania z przyjaciółmi ... dopiero wieczór przypomina mi, że cały dzień funkcjonowałam z gorączką, kiedy mój organizm mówi "dosyć, czas iść spać". Wiem, że JUTRO zacznę wszystko od początku. Nie poddaję się, walczę dalej, żyję dalej!
środa, 9 września 2015
URLOP
Był w końcu długi oczekiwany urlop. Pierwszy od 6 lat. Serio! 6lat nigdzie nie wyjeżdżałam, żeby odpocząć, wszelkie moje wyjazdy wakacyjne wiązały się z pracą wśród młodzieży, misjami, szkoleniami. Nikt przy zdrowych zmysłach nie nazwał by tego urlopem ;) Urlop na który mój lekarz dał pozwolenie by odbył się bez leków - taka wolność! W tym roku razem z moją przyjaciółką zaplanowaliśmy trip po Polsce. W ramach #CudzeChwalicieSwegoNieZnacie - mój pomysł na akcję z hashtag. Taka zdolna ;)
Pierwszy przystanek KRAKÓW. Jak ja lubię to miasto. Zakochana jestem w Kazimierzu - niesamowita żydowska dzielnica miasta, która zachwyca za każdym razem. Oczywiście Kraków to też spotkania ze znajomymi, wspólne pogaduchy, wygłupy. To czas zwykłego chillowania bez śpieszenia się gdziekolwiek. Jędrek (mój znajomy ze zdjęcia) zaprowadził nas do Zajezdni tramwajowej - gdzie starą zajezdnię, ktoś bogaty przerobił na fajną restaurację z letnim ogródkiem, gdzie można posiedzieć, pogadać i wsłuchiwać się w klimat miasta. Polecam tą miejscówkę.
Kolejny przystanek ZAKOPANE. Tu miałyśmy z Monią super miejsce do noclegu - Leśny Dworek! Klimat miejsca góralsko-ekskluzywny. Byłam pod wrażeniem miejsca i tego, że przez 3 dni będziemy się rozkoszować klimatem gór i Leśnego Dworka, dodam tylko, że w hoteliku była Leśna Grota - miejsce z sauną i jacuzzi do naszej dyspozycji - żyć nie umierać! Pierwszy wieczór to wypad na Krupówki. Nie być na Krupówkach, to jak być w Sopocie i nie być na Monciaku :P Oczywiście multum ludzi różnej narodowości. Wypad do restauracji na obiad gdzie dodatkiem koniecznie oscypek plus spotkanie z kumplem, którego nie widziałam 8 lat (Denis, pozdrawiam). Tak minął pierwszy dzień w stolicy gór.
Pobudka z samego rana, śniadanie na tarasie z widokiem na góry i wyprawa na busa, który nas zawiezie pod wejście na Morskie Oko. W drugim dniu zmierzyłam się z wejściem na Dolinę Pięciu Stawów. Zastanawiałam się czy fizycznie dam radę pomimo choroby i problemu z płucami. Więc zaczęła się wspinaczka. Tempo miałam niezłe. Słońce grzało, więc jak tylko napotkałam na drodze strumyk od razu w nim moczyłam koszulkę, dla ochłody. Wejście na Dolinę zajęło nam w sumie 3h. Nie miałam problemu z oddychaniem, nie bolały mnie mięśnie, wręcz przeciwnie czułam się wyśmienicie. Bycie nad samą Doliną spowodowało pewne przemyślenia, stąd moje zdjęcie jako zdjęcie tytułowe. Siedząc tak tuż przy stawie, widząc jaki niesamowity kolor ma woda, jak na około mnie rozciąga się krajobraz, jakby malarz malował go przed chwilą ...i myśl, jak ludzie mogą to podziwiać i nie dostrzegać w tym ręki Boga? Przecież nic tak pięknego, o tak niesamowitym kolorze, kształcie wygląda jak dobrze przemyślany krajobraz, precyzję co do milimetra, a nie dzieło jakiegoś przypadku. Będąc tam w górach zrozumiałam jak wielki i potężny jest Bóg. Jeśli nie było dla Niego problemem by stworzyć coś tak zapierającego dech w piersiach, to nie będzie też problemem by dotknąć się mojego ciała i mnie uzdrowić. Nie ma dla Niego nic niemożliwego! Zejście z Doliny Pięciu Stawów było gorsze niż wejście na nią ale i tak byłam z siebie dumna. Pomimo choroby udowodniłam sobie, że mogę jeszcze korzystać z życia i żadna chlamydia mnie nie powstrzyma. Tego samego dnia z Monią zrobiłyśmy wypad do Aqua Parku - nie zrobił nie wiadomo jakiego wrażenia, ale pływać w basenie geotermalnym z widokiem na Giewont to niezapomniane wrażenia, szczególnie gdy nad Giewontem zachodziło słońce.
Kolejny przystanek WARSZAWA. W drodze z Zakopanego do 100licy ciągle prawie spałam, jednak wejście na szczyt trochę wyczerpało mnie z sił, trochę to wpłynęło na mój organizm. Cieszyłam się jednak z wyprawy do Warszawki, wiedziałam, że tam spotkam się z bliską mi osobą (Kasia, ściskam mocno). Więc dotarliśmy do 100licy i mieszkania Kasi. Wspólne pogaduchy, opowieści o wakacjach, życiowych rozterkach, takie zwykłe babskie chwile. Na kolejny dzień mieliśmy zaplanowane wypad na miasto z wieczornym koncertem nad Wisłą. Zapomniałam tylko, że z tą chorobą to za bardzo nie ma co planować. W nocy już się przebudziłam bo nie za dobrze się czułam. Jednak miałam nadzieję, że do rana mi przejdzie. Jak bardzo się myliłam. Ranek okazał się koszmarem. Nie mogłam się ruszyć, byłam rozpalona, było mi nie dobrze, a mięśnie tak bolały, że jedyne co miałam ochotę to je powyrywać ze swojego ciała. Byłam zła, że ostatnie chwile na urlopie spędzę w łóżku. Spałam prawie cały dzień. Budziłam się na krótkie chwile rozmowy, ale tak po 5min potrafiłam odlecieć w świat snu. Zwykłe dojście do toalety powodowało nieziemski ból i robiłam malutkie kroczki, bo na większe możliwości chodzenia nie miałam co liczyć. Dziewczyny okładały mnie zimnymi ręcznikami, by zmniejszyć ból i zmniejszyć gorączkę, ale ręczniki schły na mnie w 10min. Byłam wściekła na chorobę, że psuje mi i moim znajomym plany. Jednak dziewczyny okazały się tak kochane, że po prostu zostały ze mną. Opiekowały się mną. Po prostu były przy mnie. Mieć takich przyjaciół to SKARB!
Tak minął mi mój krótki urlop. Cieszę się, że bez leków, mogłam odpocząć od codziennych dzwonków w telefonie z przypomnienie "czas wziąć leki", od odczucia nudności, braku koncentracji, zamulenia po każdej dawce leków. Choroba tak mnie trochę dopadła, ale i tak uważam urlop na mega udany. Wiele mogłam zobaczyć, pokonałam swoje słabości, udowodniłam sobie, że wiele mogę pomimo choroby. Nie chcę by chlamydia była jakimkolwiek wytłumaczeniem na cokolwiek. Mogę mieć zły dzień, ale nie zrezygnuję z ŻYCIA!
poniedziałek, 13 lipca 2015
ONE WEEK
Tydzień Jezusa, niesamowite wydarzenie w 3mieście łaczące ze sobą wiele kościołów różnych denominacji. Ja miałam przywilej organizować zajęcia dla dzieci na Biskupiej Górce, gdzie odbywała się Misja Generacji Plus.
Dla mnie to wydarzenie rozpoczęło się w niedziele zaraz po nabożeństwie. Razem z Michałem pojechaliśmy zrobić zakupy dla misjonarzy, przygotować dla nich super słodkie powitanie a około 20.00 mieliśmy mieć odprawę z gośćmi z Texasu, którzy specjalnie przylecieli z USA by wesprzeć nasze działania.
Zajęcia zaczęły się w poniedziałek równo o 10.30. Nie spodziewałam się nie wiadomo jakiej ilości dzieci, pierwszy dzień nie należy nigdy do najłatwiejszych. Jednak przyszło ich sporo, oczywiście od razu chętni na zabawy i wygłupy ;) mieliśmy dla nich przygotowanie zajęcia plastyczne, sportowe, taneczne i mnóstwo zabaw integracyjnych. Dla każdego coś fajnego.
Jednak największym powodzeniem cieszyła się BALONÓWA, czyli balony napełnione zimną wodą. Podział na dwie drużyny, wygrywa ta, która ma mniej zmoczonych osób (a wcale to nie jest takie łatwe). Niektóre balony w ogóle nie chciały się rozbić ;) Jak na załączonym obrazku wyżej, tak dla mnie skończyła się jedna z zabaw. Później taka zmoczona jechałam do pracy. Dla mnie ten tydzień pod względem fizycznym do najłatwiejszych nie należał. Rano Biskupia Górka, a od 15.00 praca. Tak dzień w dzień, dodam jeszcze, że cały czas na silnych lekach.
Jednak uśmiech zadowolonego dziecka potrafi wynagrodzić wszystko. Bóg też okazał mi swoją łaskę, bo podczas zajęć, nie miałam chwili osłabienia, czy złego samopoczucia. Mogłam cieszyć się tym co robię i spędzać bez przeszkód z dzieciakami czas. Ciężkie chwile potrafiły przyjść wieczorem, gdzie padnięta po całym dniu ległam na łóżku lub znów witałam się z muszlą klozetową.
Jednak każdy kolejny dzień był potwierdzeniem tego, że warto czasem zaprzeć się siebie, zapomnieć o chorobie i dać siebie innym. Czasem to dla Ciebie przynosi większe błogosławieństwo niż dla osób, które obdarowujesz. Wiem, że choroba nie może się stać wymówką do nic nie robienia. Możesz zwolnić tempo, robić mniej rzeczy, ale COŚ rób. Nie pozwól chorobie by zawładnęła Twoim życiem, by zabrała Twoje marzenia, pasję, hobby. Czasem na przekór tego jak się czujemy, trzeba wstać z łóżka i dać coś od siebie.
Na zakończenie Tygodnia Jezusa odbył się Marsz dla Jezusa i koncert na Targu Węglowym. Jednym z gości był Kolah, raper, który z niesamowitym wyczucie, przesłaniem, prawdą potrafi mówić innym o Jezusie. Nie znam też kogoś lepsze, który by tak nieziemsko freestyle'ował. Jakby słowa same wydobywały się z jego ust. To co mówił do ludzi, widać było, że trafia w sedno. Na wyzwanie o oddanie życia Jezusowi ręcę podniosło 20 osób! Cóż to był za niesamowity widok! Targ Węglowy, tuż przy starówce ludzie oddawali swoje życie. Być tego częścią i widzieć to na własne oczy to zaszczyt.
Do dnia dzisiejszego odczuwam skutki wysiłku jaki mój organizm musiał włożyć w to wydarzenie. Czy było warto? TAK! Gdybym znów miała to zrobić, bez wahania powiedziała bym TAK :)
Zdjęcia: Piotr Lemański, my iPhone
poniedziałek, 29 czerwca 2015
Nowy lek
Od tygodnia jestem na nowym leku, plus dodatkowo biorę te, które brałam wcześniej. Lek nazywa się Pyrazynamid. Jest to lek, który się przepisuje ludziom chorym na gruźlicę. Spokojnie! Nie mam gruźlicy, ale ten lek ma za zadanie zabić bakterię w moich płucach, a że leki na gruźlicę mają silniejsze działanie niż inne antybiotyki, więc testuję inne leczenie. Bakteria, którą mam wywodzi się z płuc, więc najlepiej zabić to co u źródła by później móc dalej leczyć skutki, jakie już sieje we mnie choroba.
# Skutki uboczne
Jak każdy lek, ten też ma skutki uboczne. Chyba jeszcze nie wymyślili leku, który lecząc jedno, nie szkodzi drugiego. A więc, ryzyko uszkodzenia wątroby rośnie wraz z dawką. Może również wystąpić żółtaczka, hiperyrukemia oraz zapalenie stawów. Oraz utrata łaknienia, nudności, wymioty, bóle stawów i mięśni, złe samopoczucie, nadwrażliwość na światło, gorączka.
# Pierwsze dni
Nie były łatwe. Już pierwszego dnia brania leku wystąpiła u mnie gorączka, wymioty, dreszcze, drgawki. Aż spanikowałam! Choć po chwili przypomniałam sobie, że takie mogą być skutki uboczne. Kolejne dni nie były też łatwe, ale coraz lepiej znosiłam branie leku. Jak na razie biorę jedną tabletkę dziennie, mam dojść do 2 dziennie w sumie mam do połknięcie 250 tabletek tego leku. Jednak myślę, że na razie pozostanę na 1 dawca dziennie. Za mocno mój organizm reaguje na lek, więc nie mam zamiaru przyspieszać z leczeniem.
Tak wiem, że moje leczenie to nie chemioterapia (podziwiam tych, którzy są na chemii) tak wiem, że innym jest trudniej, jednak dla mnie to leczenie nie jest łatwe. Każdy ma swoją miarę co może znieść a czego nie może. Przecież to tylko antybiotyki. Tak to antybiotyki, ale to nie antybiotyk na grypę czy anginę. To jest kombinacja różnych antybiotyków, która suma ich wszystkich jest mocna. Plus do tego doszły leki na gruźlicę. Czuję się nieprzytomna, brak koncentracji i skupienia, ciągle chciałabym spać i śpię dużo i często. Mam nudności, włosy gubię dziennie garściami, jedzenie smakuje często jak papier lub są dni, że nic nie mogę przełknąć. Stałam się nerwowa, szybko się męczę, kiedyś proste czynności teraz stają się trudnością. Trzeba było zmienić tryb swego życia, nawyki, dietę. Spasować - choć nie, tego mi się nie udaje ;) Po prostu nie chcę pozwolić na to by choroba mnie zatrzymała w moich pasjach, służbie dla Boga, w rzeczach, które lubię robić. Staram się odpoczywać dużo, ale na pewno nie pozwolę chorobie zamknąć się w pokoju i przestać cieszyć się życiem.
Tylko, że teraz chcę cieszyć się każdą chwilą, bo nigdy nie wiem jak będzie mój dzień ....
niedziela, 21 czerwca 2015
Przerwa, part III
Nadszedł moment, którego się trochę obawiałam. Kolejna przerwa w braniu leków. Jak wiecie z poprzednich postów, są plusy i minusy z odstawienia leków. Minus tak, że choroba może sobie "poszaleć" bo nic jej nie przeszkadza, plus taki, że cały organizm odpoczywa od walki z bakterią i ciężką dawką leków.
Zaczęło się w niedzielę, złe samopoczucie, wyższa gorączka. Próbowałam się trzymać, tym bardziej, że byłam akurat na Garden Party Kasi i Mateusza (mega wielkie gratulacje z okazji ślubu) i chciałam się cieszyć, a nie siedzieć jak truteń ze smutną miną. Dałam radę wytrzymać do 16.00 potem coraz gorzej się czułam. Na szczęście miałam podwózkę do domu. Jak tylko przyjechałam to poszłam spać. Wstałam następnego dnia do pracy.
Oczywiście chciałam być dzielna i z gorączką pojechałam do pracy. Dziewczyny od razu zauważyły, że nie wyglądam najlepiej i kazały mi wracać do domu. W domu byłam koło 12.00 od razu zasnęłam. Miałam gorączkę 39, gdzie na dworze grzało nieźle słońce a ja pod ciepłą kołdrą, cała rozpalona z dreszczami. Wiedziałam, że to reakcje Herxa (o której wcześniej wspominałam w postach) więc się nie wystraszyłam, że może coś jest nie tak. Tylko po prostu nie łatwo walczyć z taką temperaturą w czerwcowe dni.
Herxy stawały się coraz silniejsze. Codziennie gorączki, bóle mięśni w nogach (tak mocne, że nie jedna łzy spływała po policzku), brak koncentracji, mroczki przed oczami. Jednego dnia miało co w pracy nie zemdlałam, okazało się, że mocno ciśnienie skoczyło mi do góry. Ogólnie jestem niskociśnieniowcem 90/60, ale wtedy 154/110. Nie wiedziałam co się dzieje. Było mi słabo niedobrze, świat mi w głowie wirował. Mój lekarz nie do końca mógł stwierdzić co mi jest. Powiedział, że to nie jest dobre ciśnienie - to jak przy ciśnieniu 120/80 skoczyło do 180/110. Kazał odstawić wszystkie leki, by zobaczyć czy to rekacje Herxa, czy jednak bakteria zaczyna atakować inne części ciała.
Następnego dnia w pracy miałam mierzone ciśnienie co jakiś czas wraz z temperaturą. Nie wyglądało to najlepiej. Ciśnienie ciągle skakało 158/110, 147/100, 150/107 a temperatura 37,7, a już odstawiłam leki. Przez weekend miałam siebie obserwować. Mimo odstawionych leków, głowa mi pękała. Ciśnienie w uszach miałam tak mocno, jakby zaraz miały wybuchnąć, w głowie ból nie do zniesienia i osłabienie. W piątek jak zasnęłam po 19.00 to obudziłam się następnego dnia koło 09.00. Nie czuję się w pełni sił, jestem słaba, szybko się męczę i jakbym mogła to bym ciągle spała.
Chciałabym móc napisać, że daję radę, że to znoszę dzielnie. NIE! Nie znoszę to dzielnie. Tak szczerze to trochę już brak sił na to wszystko. Ból, niepewność, strach, zwątpienie, rozczarowanie, nadzieja ulotna - tak wiele uczuć zmieszanych we mnie ... tylko gdzieś na dnie serca tli płomień, że przecież PRZED ŚWITEM JEST NAJCIEMNIEJ!
Oby tak było! Co mi innego pozostaje niż wiara?!
czwartek, 11 czerwca 2015
Weekend
W piątek zaczęłam nowy - stary antybiotyk, Tinidazol. Brałam go wcześniej, ale po przerwie tak wszystko zaczyna się od nowa. Trochę obawiałam się reakcji mojego organizmu, ale cóż trzeba leki brać i dalej się modlić o cud. Prawie cały dzień czułam się dobrze. Już się nawet cieszyłam, że może mój organizm tym razem inaczej zareaguje. Jednak moja radość trwała do 19.00. Na spotkaniu młodzieżowym zaczęłam się źle czuć, takie lekkie osłabienie przyszło i ból brzucha. Już wiedziałam, że zaczyna się reakcja Herxa, tylko w głowie miałam jedno pytanie: ile tym razem będzie trwać?
Dla przypomnienie, reakcja Herxa powoduje, że chory czuje się gorzej, dlatego tak się dzieje, ponieważ antybiotyki próbują zabić/uszkodzić bakterię w moim ciele, przez to ta bakteria uwalnia szkodliwe entodoksyny.
Starałam się szybko wrócić do domu, wiedziałam, że z każdą chwilą może być coraz gorzej. Ledwo doszłam do domu, zaczęły się zawroty głowy. Wpadłam do pokoju i ległam na łóżku. Ból stawów i mięśni był nie do zniesienia, coraz bardziej czułam się rozpalona - witaj gorączko. Z każdą minutą stan coraz gorszy: dreszcze, wymioty. Jedyna pozycja w której mogłam leżeć to embrionalna, tylko wtedy mięśnie trochę mniej bolały. Pragnęłam tylko przespać noc i poczuć się odrobinę lepiej. Zaczynał się weekend i ja zamierzałam go fajnie spędzić.
W sobotę do 3city wpadł mój kumpel, więc razem z moim bratem chcieliśmy fajnie spędzić dzień. Ja od rana czułam się średnio, ciągle miałam dreszcze i byłam mocno osłabiona. Jednak stwierdziłam, że nie pozwolę chorobie zatrzymać mnie w domu, gdy za oknem 31 stopni. Więc wyszłam na miasto. Oczywiście co chwila przystanek i szukanie miejsca by na chwile klapnąć i odpocząć. Razem z bratem i Yonasem umówiliśmy się na mieście. W Gdyni otworzyli Bobby Burgera, więc trzeba było wpaść na małe co nie co ;) Chłopaki się najedli a ja ledwo zjadłam 2 frytki. Niestety zaczęły się mdłości. Już wiedziałam, że ja dzisiaj to już nic nie zjem. Ciężko fajnie spędzić dzień z uśmiechem na twarzy, kiedy cały świat wiruje Ci w głowie i masz stałe uczucie odruchu wymiotnego i dreszcze, które pomimo wysokiej temperatury powodują, że jest Ci zimno. Starałam się trzymać, ale widać było po mnie, że nie najlepiej się czuje. Czasem choć bardzo się chce, pewnych rzeczy nie da się ukryć.
Niedziela, moja nadzieja na to, że ten dzień będzie lepszy. Ranek nawet było super. Żadnej gorączki, dreszcze przeszły. Cieszyłam się, że może coś zjem, bo od piątku popołudniu nie miałam nic w ustach, oczywiście oprócz wody i innych napojów. Niedziela to też czas, który z rana spędzam w kościele. To jeden z moich ulubionych rzeczy, jakie mogę zrobić w niedzielę rano. Czas w kościele był extra. Zawsze mogę się odpocząć i nabrać nowych sił na kolejny tydzień. To Bóg jest mą siłą i tylko dzięki Jego obecności, mogę walczyć z chorobą i każdego dnia wierzyć w to, że wyjdę z tego zwycięsko. Po kościele razem ze znajomymi wyszliśmy na gdańską starówkę. Pyszny obiad w Pyra Bar (polecam!) - w końcu coś przekąsiłam. Choć niecałą minutę po zjedzeniu zaczęły się mdłości, które mnie trzymały do wieczora. Sorry, że to napiszę, ale czasem lepiej zwymiotować niż męczyć się z uczuciem, że jedzenie podchodzi Ci do gardła, ale tak dalej nic się nie dzieje. Zwiedzania miasta z takim uczuciem nie należy do przyjemności, ale nie chciałam tracić chwil jakie mogę spędzić ze znajomymi. Po południu czas na kawkę - oczywiście dla mnie smoothie. Kawa zakwasza organizm, więc dla mnie walczącej z bakterią i jeszcze mając Herxa, kawa nie jest najmądrzejszym wyborem. Wpadliśmy do Retro Caffe (polecam z całego serducha) mają tam niesamowicie dobre smoothie - ja wybrałam Szpinakoladę - szpinak, banan, sok ananasowy. Pychotka! Po spacerze wróciłam do domu i poszłam od razu spać. Byłam tak zmęczona jakbym biegła w maratonie - znów się szybko męczę.
Tak minął mi weekend. Może nie był jakiś extra, super wypas. Nie ważne jaki, ale ważne z kim go spędziłam. Nie łatwo cieszyć się chwila, gdy się walczy z taką chorobą i nigdy się nie wie jak organizm zareaguje na leczenie. Jednak to nie może spowodować, że przestanę funkcjonować i znajdywać czas na przyjemności i na spotkania z przyjaciółmi. Nawet jak nie czujesz się na 100% super, nie pozwól by choroba zatrzymała Cię w domu. Jeśli masz przyjaciół, którzy wiedzą na co chorujesz, to zrozumieją, że czasem masz gorszy dzień, ale to mimo tego, nie przeszkodzi im by spędzili z Tobą czas. I dzięki temu nie obawiam się stwierdzić, że miałam Happy Weekend, pomimo niedobrego samopoczucia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







