wtorek, 20 października 2015

MINI RADY



Już prawie rok walczę z chorobą. Przez ten czas zaobserwowałam wiele rzeczy u siebie. Obnażyły się moje słabości, wzmocniły się moje dobre cechy (tak, tak posiadam takie ;)) ale też nauczyłam się jak walczyć i się nie poddawać. Chcę podać wam kilka MINI RAD, które pomogły mi przetrwać ten czas i doceniać każdy dzień.

#Egositka
Pomyśl czasem o sobie. Świat się nie zawali jak na czas nie zrobisz prania, nie umyjesz naczyń w kuchni, odpuścisz spotkanie na mieście, wyjdziesz bez makijażu na spacer, nawet  lub po raz pierwszy w extra makijażu, zjesz śniadanie w piżamie. Zanurzyć się w fotelu z książką w ręku wsłuchując się w ulubioną playlistę ze Spotify. Mieć leniwy dzień, gdzie w łóżku, w ulubionej piżamie ze smacznymi przekąskami nadrabiasz zaległości serialowe bądź filmowe. Spójrz za okno - świat dalej istnieje.  Czasem dobrze jest pomyśleć o sobie, zamknąć się w domu i być dla siebie samej. Jeśli w biegu życia nie zapomnisz o sobie i swoich potrzebach, Twój organizm będzie Ci wdzięczny.

#Myśl pozytywnie
Często słyszałam, że wiele zależy od tego co dzieje się w głowie. Teraz sama tego doświadczyłam - potwierdzam, PRAWDA! Gdy miałam gorsze dni, dołki, smutek, choroba bardziej przypominała o sobie. Gdy spotykały mnie dobre rzeczy, miałam dobry humor,  byłam w super nastroju do walki i spędzenia dobrze dnia. Moja maksyma na ten rok to "Przed świtem zawsze jest najciemniej". Choćby nie wiem jak ciężko było, zawsze może być już tylko lepiej. Ciemność nie trwa wiecznie!

#Bad day
Możesz go mieć. Nawet czasem sam wpada nie proszony. Nikt Cię nie obwini, że wstałaś dzisiaj lewą nogą. Możesz nawet po marudzić, po narzekać, być złym na cały świat, wykrzyczeć głośno w niebiosa jak już masz dość. Możesz! Nie jesteś przecież terminatorem. Nikt nie wytrzyma długo dobrej miny do kiepskiej gry, ale to nie oznacza, że masz zostać w tym stanie. Nie! Pozwól sobie na jeden dzień, ale nigdy nie pozwól by on trwał o jeden dzień za długo.

#Małe co nie co
Pozwalaj sobie na małe przyjemności. Przecież i tak większość kasy tak idzie na leczenie, więc czasem dobrze jest wyskrobać zaskórniaki i zrobić sobie prezent. Pójść do kina, zjeść obiad w restauracji (gdzie oczywiście podadzą Ci to co możesz jeść), odwiedzić fryzjera, zrobić sobie wypad na weekend, wpaść do ulubionej kawiarni na jedną kawę (tyle w ciągu dnia możesz), pójść na dobrą sztukę, zwiedzić muzeum. Cokolwiek co spowoduje, że ten czas nie będzie związany z chorobą. Zasługujesz na to!

Może komuś te mini porady się przydadzą :) 5!




czwartek, 1 października 2015

DOBRY NEWS


Od prawie miesiąca miałam podejrzenie kolejne choroby. Tym razem choroba była we krwi, więc wesoło to nie brzmiało. Zrobiłam jedne badania, na których wyszło, że mam schiostosomatozę. Czym ona jest? Jak się objawia? Oczywiście  musiałam doszukać się informacji by móc potem swojego lekarza wypytać o konkrety.

#Schistosomatoza
Nazwa grupy chorób pasożytniczych wywołanych przez przywry z rodzaju schistosoma haematobium, mansoni, intercalatum, japonicum, mekong. Choroba rzadko występuje w Polsce i jest uznana za chorobę tropikalną (what!). Schistosomatoza jest obok malarii najpoważniejszym w skali światowej parazytologicznym problemem zdrowotnym. Myślałam, że gorzej być nie może. Objawia się niecharakterystycznie: gorączką, kaszlem, bólem brzucha, biegunką, niekiedy występuję zajęcie ośrodka układu nerwowego, nadciśnienia płucnego, choroba ziarniniakowa rdzenia kręgowego, rak pęcherza moczowego oraz poprzeczne zapalenie rdzenia z porażeniem wiotkim.
Zastanawiałam się czy przypadkiem moje gorączki nie są wynikiem tej choroby.

#Badania
Oczywiście na NFZ nie ma takich badań, nawet w prywatnych laboratoriach nie robią konkretnie badań na tą chorobę. Więc trzeba było znowu szukać. Znalazłam jedną klinikę w Poznaniu, która robi badania na "dziwne choroby" - Wielkopolska Medycyna Podróży. Oczywiście koszt badań też niezły. Jednak wolałam mieć dodatkowe potwierdzenie czarno na białym, czy jest choroba, czy może jednak jej nie ma. Więc w Centrum Medycznym św. Łukasza w Gdańsku pielęgniarka pobrał mi krew i wysłali ją do Poznania. Na wynik miałam czekać około tygodnia. Kolejne dni pełne oczekiwania, nadzieji, wiary ...że może jednak tym razem będzie inaczej.

#Wynik 
Dzisiaj odebrałam wynik. Diagnoza była jak słodycz najweselszej piosenki:
Wynik ujemny. W badanym materiale nie stwierdzono obecności swoistych przeciwciał skierowanych przeciwko antygenom charakterystycznych  dla zarażenia schistosoma.
Dzisiaj niebo uśmiechnęło się do mnie i obdarowało mnie najsłodszym pocałunkiem. Co za dobra nowina! Pierwsza dobra wiadomość od kiedy się leczę! Więc teraz dalej do przodu, po kolejne dobre wieści.







sobota, 26 września 2015

FEVER


Chciałabym móc zaśpiewać jak w filmie "Them I get that Night Fever, Night Fever. We know how to do it. Gimmie that Night Fever, Night Fever. We know how to show it". i przetańczyć całą noc na parkiecie w przebraniu z lat 70 i niczym się nie przejmować. Choć o tym ten post nie będzie. Od dwóch miesięcy zmagam się z gorączką. Niby nic, a jednak coś. Lipiec, sierpień, wrzesień ... dzień w dzień budzę się z temperaturą przekraczającą 37 stopni. Na palcach  ręki mogę policzyć dni kiedy miałam 36,6 - książkową temperaturę ciała. Największa jak do tej pory temperatura wynosiła 38,1. A pewnie powiecie "a to tylko gorączka", tak gorączka, która trwa codziennie i trzyma cały dzień, nie spuszcza z tonu, gdzie normalnie  funkcjonujesz: idziesz do pracy, spotykasz się  z przyjaciółmi, służysz. Mogłabym wziąć wolne bo przecież mam gorączką, taaaa .... tylko to wolne to trwało by już 2,5 miesiąca. Jednak zacznijmy od początku. 

#Gorączka
Regulacja temperatury ciała stanowi ważny mechanizm zabezpieczający homeostazę. Utrzymanie właściwej temperatury ciała jest istotne dla m.in prawidłowego przebiegu procesów metabolicznych i niektórych procesów immunologicznych. Gorączka to podwyższona temperatura ciała ponad fizjologiczną normę. Dochodzi do tego na skutek przestawienia pożądanej temperatury ciała w podwzgórzu mózgu, które jest m.in. swoistym termostatem organizmu. Gorączka jest najczęściej odpowiedzią na stan chorobowy. Jej pierwotną funkcją jest ułatwienie zwalczania infekcji bakteryjnych, wirusowych i grzybiczych. 

I może wszystko było by OK, bo przecież od dziecka słyszysz "masz gorączkę, to dobrze, to znaczy, że organizm walczy z chorobą" było by to prawdą, gdyby moje gorączki trwały kilka dni do tygodnia a nie już 2,5 miesiąca. Coś jest nie tak ...


#Klasyfikacja gorączki
Są różne przyczyny występowania gorączki. Klasa pierwsza to czynniki zakaźne: grypa, tężec, toxoplasmoza. Druga grupa to gorączki wywoływane przez proces nowotworowy: białaczka, czerniak. Trzecia grupa to stany wywoływane przez zaburzenia immunologiczne: toczeń, sarkoidoza, choroby alergiczne. Czwarta grupa to gorączki o przyczynach endokrynologicznych, metabolicznych i polekowych. Piąta grupa stanowi inne rodzaje gorączek oraz takie o nieznanej przyczynie. 


#Przewlekła gorączka
Zgadnijcie w której ja się mieszczę klasyfikacji? ;) Pojęcie "gorączka nieznanego pochodzenia" jest umownym terminem określającym stany gorączkowe trwające dłużej niż 3 tygodnie, występujące u chorych u których nie udaje się ustalić ich przyczyny. Tak naprawdę jest problem by ustalić co się ze mną dzieje. Biorę przecież masę leków, większość to antybiotyki, które powinny niwelować gorączkę, jednak tak się nie dzieje.  Przewlekła gorączka może oznaczać, że mam jakiś stan zapalny w ciele, że coś z immunologią organizmu jest nie wporządku lub fakt, że mój organizm się poddał i nie chce już walczyć z chorobą.


#Co dalej?
Żyję dalej! Walczę dalej! Korzystam z każdej chwili, ciesze się każdym momentem. Nie jest łatwo funkcjonować z gorączką, a co dopiero żyć pełną parą. Jednak pomimo tego nie mam zamiaru skryć się pod kołdrą i użalać się nad swoim losem - mam 100% powody by to robić - jednak czy to coś zmieni, spowoduje, że gorączka zniknie? Nie! Więc wychodzą spod ciepłej kołdry, ubieram się, idę do pracy z uśmiechem na ustach, po pracy wypad na miasto, spotkania z przyjaciółmi ... dopiero wieczór przypomina mi, że cały dzień funkcjonowałam z gorączką, kiedy mój organizm mówi "dosyć, czas iść spać". Wiem, że JUTRO zacznę wszystko od początku. Nie poddaję się, walczę dalej, żyję dalej!













środa, 9 września 2015

URLOP


Był w końcu długi oczekiwany urlop. Pierwszy od 6 lat. Serio! 6lat nigdzie nie wyjeżdżałam, żeby odpocząć, wszelkie moje wyjazdy wakacyjne wiązały się z pracą wśród młodzieży, misjami, szkoleniami. Nikt przy zdrowych zmysłach nie nazwał by tego urlopem ;) Urlop na który mój lekarz dał pozwolenie by odbył się bez leków - taka wolność! W tym roku razem z moją przyjaciółką zaplanowaliśmy trip po Polsce. W ramach #CudzeChwalicieSwegoNieZnacie - mój pomysł na akcję z hashtag. Taka zdolna ;)



Pierwszy przystanek KRAKÓW. Jak ja lubię to miasto. Zakochana jestem w Kazimierzu - niesamowita żydowska dzielnica miasta, która zachwyca za każdym razem. Oczywiście Kraków to też spotkania ze znajomymi, wspólne pogaduchy, wygłupy. To czas zwykłego chillowania bez śpieszenia się gdziekolwiek. Jędrek (mój znajomy ze zdjęcia)  zaprowadził nas do Zajezdni tramwajowej - gdzie starą zajezdnię, ktoś bogaty przerobił na fajną restaurację z letnim ogródkiem, gdzie można posiedzieć, pogadać i wsłuchiwać się w klimat miasta. Polecam tą miejscówkę. 


Kolejny przystanek ZAKOPANE. Tu miałyśmy z Monią super miejsce do noclegu - Leśny Dworek! Klimat miejsca góralsko-ekskluzywny. Byłam pod wrażeniem miejsca i tego, że przez 3 dni będziemy się rozkoszować klimatem gór i Leśnego Dworka, dodam tylko, że w hoteliku była Leśna Grota - miejsce z sauną i jacuzzi do naszej dyspozycji - żyć nie umierać! Pierwszy wieczór to wypad na Krupówki. Nie być na Krupówkach, to jak być w Sopocie i nie być na Monciaku :P Oczywiście multum ludzi różnej narodowości. Wypad do restauracji na obiad gdzie dodatkiem koniecznie oscypek plus spotkanie z kumplem, którego nie widziałam 8 lat (Denis, pozdrawiam). Tak minął pierwszy dzień w stolicy gór.


Pobudka z samego rana, śniadanie na tarasie z widokiem na góry i wyprawa na busa, który nas zawiezie pod wejście na Morskie Oko. W drugim dniu zmierzyłam się z wejściem na Dolinę Pięciu Stawów. Zastanawiałam się czy fizycznie dam radę pomimo choroby i problemu z płucami. Więc zaczęła się wspinaczka. Tempo miałam niezłe. Słońce grzało, więc jak tylko napotkałam na drodze strumyk od razu w nim moczyłam koszulkę, dla ochłody. Wejście na Dolinę zajęło nam w sumie 3h. Nie miałam problemu z oddychaniem, nie bolały mnie mięśnie, wręcz przeciwnie czułam się wyśmienicie. Bycie nad samą Doliną spowodowało pewne przemyślenia, stąd moje zdjęcie jako zdjęcie tytułowe. Siedząc tak tuż przy stawie, widząc jaki niesamowity kolor ma woda, jak na około mnie rozciąga się krajobraz, jakby malarz malował go przed chwilą ...i myśl, jak ludzie mogą to podziwiać i nie dostrzegać w tym ręki Boga? Przecież nic tak pięknego, o tak niesamowitym kolorze, kształcie wygląda jak dobrze przemyślany krajobraz, precyzję co do milimetra, a nie dzieło jakiegoś przypadku. Będąc tam w górach zrozumiałam jak wielki i potężny jest Bóg. Jeśli nie było dla Niego problemem by stworzyć coś tak zapierającego dech w piersiach, to nie będzie też problemem by dotknąć się mojego ciała i mnie uzdrowić. Nie ma dla Niego nic niemożliwego! Zejście z Doliny Pięciu Stawów było gorsze niż wejście na nią ale i tak byłam z siebie dumna. Pomimo choroby udowodniłam sobie, że mogę jeszcze korzystać z życia i żadna chlamydia mnie nie powstrzyma. Tego samego dnia z Monią zrobiłyśmy wypad do Aqua Parku -  nie zrobił nie wiadomo jakiego wrażenia, ale pływać w basenie geotermalnym z widokiem na Giewont to niezapomniane wrażenia, szczególnie gdy nad Giewontem zachodziło słońce. 


Kolejny przystanek WARSZAWA. W drodze z Zakopanego do 100licy ciągle prawie spałam, jednak wejście na szczyt trochę wyczerpało mnie z sił, trochę to wpłynęło na mój organizm. Cieszyłam się jednak z wyprawy do Warszawki, wiedziałam, że tam spotkam się z bliską mi osobą (Kasia, ściskam mocno). Więc dotarliśmy do 100licy i mieszkania Kasi. Wspólne pogaduchy, opowieści o wakacjach, życiowych rozterkach, takie zwykłe babskie chwile. Na kolejny dzień mieliśmy zaplanowane wypad na miasto z wieczornym koncertem nad Wisłą. Zapomniałam tylko, że z tą chorobą to za bardzo nie ma co planować. W nocy już się przebudziłam bo nie za dobrze się czułam. Jednak miałam nadzieję, że do rana mi przejdzie. Jak bardzo się myliłam. Ranek okazał się koszmarem. Nie mogłam się ruszyć, byłam rozpalona, było mi nie dobrze, a mięśnie tak bolały, że jedyne co miałam ochotę to je powyrywać ze swojego ciała. Byłam zła, że ostatnie chwile na urlopie spędzę w łóżku. Spałam prawie cały dzień. Budziłam się na krótkie chwile rozmowy, ale tak po 5min potrafiłam odlecieć w świat snu. Zwykłe dojście do toalety powodowało  nieziemski ból i robiłam malutkie kroczki, bo na większe możliwości chodzenia nie miałam co liczyć. Dziewczyny okładały mnie zimnymi ręcznikami, by zmniejszyć ból i zmniejszyć gorączkę, ale ręczniki schły na mnie w 10min. Byłam wściekła na chorobę, że psuje mi i moim znajomym plany. Jednak dziewczyny okazały się tak kochane, że po prostu zostały ze mną. Opiekowały się mną. Po prostu były przy mnie. Mieć takich przyjaciół to SKARB!

Tak minął mi mój krótki urlop. Cieszę się, że bez leków, mogłam odpocząć od codziennych dzwonków w telefonie z przypomnienie "czas wziąć leki", od odczucia nudności, braku koncentracji, zamulenia po każdej dawce leków. Choroba tak  mnie trochę dopadła, ale i tak uważam urlop na mega udany. Wiele mogłam zobaczyć, pokonałam swoje słabości, udowodniłam sobie, że wiele mogę pomimo choroby. Nie chcę by chlamydia była jakimkolwiek wytłumaczeniem na cokolwiek. Mogę mieć zły dzień, ale nie zrezygnuję z ŻYCIA!   




poniedziałek, 13 lipca 2015

ONE WEEK


Tydzień Jezusa, niesamowite wydarzenie w 3mieście łaczące ze sobą wiele kościołów różnych denominacji. Ja miałam przywilej organizować zajęcia dla dzieci na Biskupiej Górce, gdzie odbywała się Misja Generacji Plus.

Dla mnie to wydarzenie rozpoczęło się w niedziele zaraz po nabożeństwie. Razem z Michałem pojechaliśmy zrobić zakupy dla misjonarzy, przygotować dla nich super słodkie powitanie a około 20.00 mieliśmy mieć odprawę z gośćmi z Texasu, którzy specjalnie przylecieli z USA by wesprzeć nasze działania. 


Zajęcia zaczęły się w poniedziałek równo o 10.30. Nie spodziewałam się nie wiadomo jakiej ilości dzieci, pierwszy dzień nie należy nigdy do najłatwiejszych. Jednak przyszło ich sporo, oczywiście od razu chętni na zabawy i wygłupy ;) mieliśmy dla nich przygotowanie zajęcia plastyczne, sportowe, taneczne i mnóstwo zabaw integracyjnych. Dla każdego coś fajnego.


Jednak największym powodzeniem cieszyła się BALONÓWA, czyli balony napełnione zimną wodą. Podział na dwie drużyny, wygrywa ta, która ma mniej zmoczonych osób (a wcale to nie jest takie łatwe). Niektóre balony w ogóle nie chciały się rozbić ;) Jak na załączonym obrazku wyżej, tak dla mnie skończyła się jedna z zabaw. Później taka zmoczona jechałam do pracy. Dla mnie ten tydzień pod względem fizycznym do najłatwiejszych nie należał. Rano Biskupia Górka, a od 15.00 praca. Tak dzień w dzień, dodam jeszcze, że cały czas na silnych lekach.


Jednak uśmiech zadowolonego dziecka potrafi wynagrodzić wszystko. Bóg też okazał mi swoją łaskę, bo podczas zajęć, nie miałam chwili osłabienia, czy złego samopoczucia. Mogłam cieszyć się tym co robię i spędzać bez przeszkód z dzieciakami czas. Ciężkie chwile potrafiły przyjść wieczorem, gdzie padnięta po całym dniu ległam na łóżku lub znów witałam się z muszlą klozetową.
Jednak każdy kolejny dzień był potwierdzeniem tego, że warto czasem zaprzeć się siebie, zapomnieć o chorobie i dać siebie innym. Czasem to dla Ciebie przynosi większe błogosławieństwo niż dla osób, które obdarowujesz. Wiem, że choroba nie może się stać wymówką do nic nie robienia. Możesz zwolnić tempo, robić mniej rzeczy, ale COŚ rób. Nie pozwól chorobie by zawładnęła Twoim życiem, by zabrała Twoje marzenia, pasję, hobby. Czasem na przekór tego jak się czujemy, trzeba wstać z łóżka i dać coś od siebie.


Na zakończenie Tygodnia Jezusa odbył się Marsz dla Jezusa i koncert na Targu Węglowym. Jednym z gości był Kolah, raper, który z niesamowitym wyczucie, przesłaniem, prawdą potrafi mówić innym o Jezusie. Nie znam też kogoś lepsze, który by tak nieziemsko freestyle'ował. Jakby słowa same wydobywały się z jego ust. To co mówił do ludzi, widać było, że trafia w sedno. Na wyzwanie o oddanie życia Jezusowi ręcę podniosło 20 osób! Cóż to był za niesamowity widok! Targ Węglowy, tuż przy starówce ludzie oddawali swoje życie. Być tego częścią i widzieć to na własne oczy to zaszczyt.
Do dnia dzisiejszego odczuwam skutki wysiłku jaki mój organizm musiał włożyć w to wydarzenie. Czy było warto? TAK! Gdybym znów miała to zrobić, bez wahania powiedziała bym TAK :)






Zdjęcia: Piotr Lemański, my iPhone








poniedziałek, 29 czerwca 2015

Nowy lek



Od tygodnia jestem na nowym leku, plus dodatkowo biorę te, które brałam wcześniej. Lek nazywa się Pyrazynamid. Jest to lek, który się przepisuje ludziom chorym na gruźlicę. Spokojnie! Nie mam gruźlicy, ale ten lek ma za zadanie zabić bakterię w moich płucach, a że leki na gruźlicę mają silniejsze działanie niż inne antybiotyki, więc testuję inne leczenie. Bakteria, którą mam wywodzi się z płuc, więc najlepiej zabić to co u źródła by później móc dalej leczyć skutki, jakie już sieje we mnie choroba. 

# Pyrazynamid - organiczny związek chemiczny, pochodna nikotynamidu o działaniu przeciwgruźliczym. Jeden z pięciu podstawowych leków na gruźlicę, stosowany w pierwszej, najintensywniejszej fazie leczenia. Lek jest szybko i całkowicie wchłaniany z przewodu pokarmowego. Maksymalne stężenie we krwi osiąga po 1-2 h, natomiast jego czynny metabolit - kwas pirazynowy - po 4-5 h. Pirazynamid przenika do płynu mózgowow-rdzeniowego oraz do wszystkich tkanek.

# Skutki uboczne
Jak każdy lek, ten też ma skutki uboczne. Chyba jeszcze nie wymyślili leku, który lecząc jedno, nie szkodzi drugiego. A więc, ryzyko uszkodzenia wątroby rośnie wraz z dawką. Może również wystąpić żółtaczka, hiperyrukemia oraz zapalenie stawów. Oraz utrata łaknienia, nudności, wymioty, bóle stawów i mięśni, złe samopoczucie, nadwrażliwość na światło, gorączka.

# Pierwsze dni
Nie były łatwe. Już pierwszego dnia brania leku wystąpiła u mnie gorączka, wymioty, dreszcze, drgawki. Aż spanikowałam! Choć po chwili przypomniałam sobie, że takie mogą być skutki uboczne. Kolejne dni nie były też łatwe, ale coraz lepiej znosiłam branie leku. Jak na razie biorę jedną tabletkę dziennie, mam dojść do 2 dziennie w sumie mam do połknięcie 250 tabletek tego leku. Jednak myślę, że na razie pozostanę na 1 dawca dziennie. Za mocno mój organizm reaguje na lek, więc nie mam zamiaru przyspieszać z leczeniem.

Tak wiem, że moje leczenie to nie chemioterapia (podziwiam tych, którzy są na chemii) tak wiem, że innym jest trudniej, jednak dla mnie to leczenie nie jest łatwe. Każdy ma swoją miarę co może znieść a czego nie może. Przecież to tylko antybiotyki. Tak to antybiotyki, ale to nie antybiotyk na grypę czy anginę. To jest kombinacja różnych antybiotyków, która suma ich wszystkich jest mocna. Plus do tego doszły leki na gruźlicę. Czuję się nieprzytomna, brak koncentracji i skupienia, ciągle chciałabym spać i śpię dużo i często. Mam nudności, włosy gubię dziennie garściami, jedzenie smakuje często jak papier lub są dni, że nic nie mogę przełknąć. Stałam się nerwowa, szybko się męczę, kiedyś proste czynności teraz stają się trudnością. Trzeba było zmienić tryb swego życia, nawyki, dietę. Spasować - choć nie, tego mi się nie udaje ;) Po prostu nie chcę pozwolić na to by choroba mnie zatrzymała w moich pasjach, służbie dla Boga, w rzeczach, które lubię robić. Staram się odpoczywać dużo, ale na pewno nie pozwolę chorobie zamknąć się w pokoju i przestać cieszyć się życiem.

Tylko, że teraz chcę cieszyć się każdą chwilą, bo nigdy nie wiem jak będzie mój dzień ....




niedziela, 21 czerwca 2015

Przerwa, part III



Nadszedł moment, którego się trochę obawiałam. Kolejna przerwa w braniu leków. Jak wiecie z poprzednich postów, są plusy i minusy z odstawienia leków. Minus tak, że choroba może sobie "poszaleć" bo nic jej nie przeszkadza, plus taki, że cały organizm odpoczywa od walki z bakterią i ciężką dawką leków.

Zaczęło się w niedzielę, złe samopoczucie, wyższa gorączka. Próbowałam się trzymać, tym bardziej, że byłam akurat na Garden Party Kasi i Mateusza (mega wielkie gratulacje z okazji ślubu) i chciałam się cieszyć, a nie siedzieć jak truteń ze smutną miną. Dałam radę wytrzymać do 16.00 potem coraz gorzej się czułam. Na szczęście miałam podwózkę do domu. Jak tylko przyjechałam to poszłam spać. Wstałam następnego dnia do pracy. 

Oczywiście chciałam być dzielna i z gorączką pojechałam do pracy. Dziewczyny od razu zauważyły, że nie wyglądam najlepiej i kazały mi wracać do domu. W domu byłam koło 12.00 od razu zasnęłam. Miałam gorączkę 39, gdzie na dworze grzało nieźle słońce a ja pod ciepłą kołdrą, cała rozpalona z dreszczami. Wiedziałam, że to reakcje Herxa (o której wcześniej wspominałam w postach) więc się nie wystraszyłam, że może coś jest nie tak. Tylko po prostu nie łatwo walczyć z taką temperaturą w czerwcowe dni.

Herxy stawały się coraz silniejsze. Codziennie gorączki, bóle mięśni w nogach (tak mocne, że nie jedna łzy spływała po policzku), brak koncentracji, mroczki przed oczami. Jednego dnia miało co w pracy nie zemdlałam, okazało się, że mocno ciśnienie skoczyło mi do góry. Ogólnie jestem niskociśnieniowcem 90/60, ale wtedy 154/110. Nie wiedziałam co się dzieje. Było mi słabo niedobrze, świat mi w głowie wirował.  Mój lekarz nie do końca mógł stwierdzić co mi jest. Powiedział, że to nie jest dobre ciśnienie - to jak przy ciśnieniu 120/80 skoczyło do 180/110. Kazał odstawić wszystkie leki, by zobaczyć czy to rekacje Herxa, czy jednak bakteria zaczyna atakować inne części ciała.

Następnego dnia w pracy miałam mierzone ciśnienie co jakiś czas wraz z temperaturą. Nie wyglądało to najlepiej. Ciśnienie ciągle skakało 158/110, 147/100, 150/107 a temperatura 37,7, a już odstawiłam leki. Przez weekend miałam siebie obserwować. Mimo odstawionych leków, głowa mi pękała. Ciśnienie w uszach miałam tak mocno, jakby zaraz miały wybuchnąć, w głowie ból nie do zniesienia i osłabienie. W piątek jak zasnęłam po 19.00 to obudziłam się następnego dnia koło 09.00. Nie czuję się w pełni sił, jestem słaba, szybko się męczę i jakbym mogła to bym ciągle spała.

Chciałabym móc napisać, że daję radę, że to znoszę dzielnie. NIE! Nie znoszę to dzielnie. Tak szczerze to trochę już brak sił na to wszystko. Ból, niepewność, strach, zwątpienie, rozczarowanie, nadzieja ulotna - tak wiele uczuć zmieszanych we mnie ... tylko gdzieś na dnie serca tli płomień, że przecież PRZED ŚWITEM JEST NAJCIEMNIEJ!

Oby tak było! Co mi innego pozostaje niż wiara?!