niedziela, 27 listopada 2016

Szpital, day 2


Drugi dzień w szpitalu rozpoczął się pobudką przed 06:00 i pobraniem krwi. Byłam jeszcze śpiąca, więc nie do końca jeszcze rozumiałam co się dzieje. Obudziłam się w 100% czując wkłucie. Obróciłam głowę, spojrzałam na pielęgniarkę i na probówki. Patrzę, trochę ich jest, więc zaczęłam liczyć 1,2...4...6...11! Tak 11 probówek krwi, tyle mi pobrali. Skoro musieli, to musieli a ja dalej poszłam spać. Koło 08:00 zaczął się obchód lekarski. Stało nade mną z 6 lekarzy, którzy patrzyli na moją dziurę i się zastanawiali od czego to może być. Mieli różne teorie. Jedno jest pewne, zdecydowali, że dzisiaj zrobią mi badanie - punkcja lędźwiowa.

#NAKŁUCIE LĘDŹWIOWE
Wprowadzenie igły punkcyjnej do przestrzeni podpajęczynówkowej w odcinku lędźwiowym kręgosłupa - pobranie do badania płynu mózgowo-rdzeniowego. 
Samo wkłucie jest prawie bezbolesne. Tak jak przy pobieraniu krwi, ale potem już sprawy się gorzej mają (piszę tu o swoim doświadczeniu). Nie masz odczucia, że coś z Ciebie spływa, ale takie, że jakby ktoś Ci włożyć sprężynę w miejsce wkłucia i nagle ta sprężyna się rozprzęga. Coraz bardziej, coraz bardziej i coraz bardziej. To nie jest fajne uczucie, trochę boli. Przy czym obok Ciebie pielęgniarka jeszcze liczy krople płynu jak spadają do probówki. Ja miałam dwa razy po 30 kropel. Nie wiem czy to standardowa  procedura, ale u mnie tyle było. Po badaniu trzeba leżeć na brzuchu, plackiem przez 2-3h, by nie wystąpił zespół popunkcyjny (mdłości, bóle głowy, omdlenia). Ja chyba ze stresu i zmęczenia, ale zasnęłam. Obudziłam się dokładnie 2,5h po badaniu. Więc mogłam w końcu obrócić się na plecy i złożyć łóżko do trybu wpół leżącego. Przez resztę dnia byłam mega zamulona. Potem na maxa zaczęła mnie boleć głowa - dali mi tabletki przeciwbólowe i dalej leżałam. I będę czekać na wyniki.

Na wieczór wpadła do mnie Monia - my best friend - z małymi prezentami. Byłam mega zaskoczona! Zostałam obdarowana słodyczami, napojami i małym giftem. Tak słodki i fajny prezent - skarpetki :) tak to ja mogę w szpitalu leżeć ;) Skarpetki nie są zwykłymi skarpetkami, tylko polska firma, która jej robi, specjalnie stworzyła skarpetki niby nie do pary. A jednak wspólnego mają coś ze sobą. Monia jesteś najlepsza!






sobota, 26 listopada 2016

Szpital, day 1


Szpital to niezbyt fajnie i przyjemne miejsce. Niestety musiałam się stawić na oddziale.
Ten, kto czyta mnie regularnie wie, że miałam takie badanie jak EMG. Więc jak wiecie wynik nie wyszedł najlepiej. Po konsultacji z neurologiem, okazało się, że najlepiej będzie jeśli trafię na oddział neurologiczny w celu dalszej diagnozy. I gdyby tylko o to chodziło to było by super.

Jednak w sierpniu, zauważyłam małą zmianę w prawej nodze, a dokładnie mówiąc w udzie. Ta zmiana to dziura średnicy 5cm. Na początku wydawało mi się, że to czuję i widzę. Od razu sms do lekarza "mam dziurę w nodze". On oczywiście odpisał "Aga uspokój się, jaka dziura, pewnie Ci się wydaje, przyjdź jutro do Centrum, zbadam Cię". Stwierdziłam, że nie będę panikować i poczekam na konsultację. No i konsultacja, badanie nogi, potem drugiej, badanie odruchów - wniosek - no rzeczywiście masz dziurę. Więc skierowanie na zwykłą diagnozę mięśni, zmieniło się w skierowanie "zanik mięśni w prawej nodze". Od sierpnia do teraz dziura ma średnicę 7cm. Zgłosiłam się na oddział 24 listopada. 

Od 09:00 rano miała stawić się na Izbie Przyjęć.Poszło nawet sprawnie. Opaska na dłoń i w drogę na oddział. Dali mi salę, w której leżę z jedna Panią, kazali się rozpakować i czekać na wezwanie lekarza. Od 09:00  lekarz zjawił się po 12:30, trochę to trwało. Zdążyłam się nawet zdrzemnąć. Oczywiście wzięłam ze sobą całą moją teczkę leczenia, a trochę tych badań miałam, więc lekarz był na początku zdziwiony. I zaczęły się pytania, gdzie się leczę, na co itp. Na koniec mnie spytał czy leczę się gdzieś psychiatrycznie - zszokowana pytaniem, z nerwem odpowiedziałam, że nie. Więc widząc moje niezadowolenie spytał, dlaczego tu trafiłam na oddział, odpowiedziałam, ze spokojem, że mam dziurę w nodze. On oczywiście spojrzał na mnie z niedowierzaniem, po czym z ironicznym uśmiechem stwierdził "no dobrze, proszę pokazać mi tą dziurę". No i po czasie, spojrzał na mnie i rzekł "no rzeczywiście ma Pani dziurę" - chyba powinnam się zacząć śmiać z tych stwierdzeń :P
Po tym stwierdzeniu zaczął mnie brać na poważnie i zaczęło się typowe badanie neurologiczne. Które trochę zajęło. Na koniec powiedział mi jakie jeszcze badania mnie czekają i wróciłam na swoją salę. 

Oczywiście od razu zadzwoniłam do dr Górskiego - mojego lekarza - i powiedziałam jak sprawa wygląda. Przekazał mi, żebym się nie przejmowała taki pytaniami, to są normalne pytania i on gdyby był na oddziale też by mi takie zadał Tym bardziej, że lekarza są nastawieni na to, że pacjenci czasem kłamią i nie mówią całej prawdy ... więc stąd te pytania.

Resztę dnia spędziłam na sali czytając, rozmawiając z koleżanką z sali, odbierając telefony, odpisując na sms. Przez resztę dnia nic innego się nie działo. Tylko wieczorem jeszcze sprawdzenie ciśnienia i czy mam gorączkę. Ciśnienie w normie, gorączki brak. 

Przede mną kolejny dzień. Zobaczymy co przyniesie. 

środa, 16 listopada 2016

Wakacyjne marzenia part II


Co było dalej pewnie niektórzy z was się zastanawiali, dostawałam również sygnały, kiedy wstawię następny post odnośnie Izraela, bo nie mogę się doczekać kolejnych opowieści. Bardzo miło mi słyszeć i czytać takie słowa - dziękuje bardzo! Więc teraz zbieram się do pisania. Więc po Tel Aviv było kolejne miasto na kilka dni. Oto relacja z ważnego miasta 3 największych religii świata.

#JEROZOLIMA


Jedno z największych miast Izraela jeśli chodzi o powierzchnię i ludność. Stanowi centralny punkt dla judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. Będąc na miejscu, można to odczuć na każdym kroku. Z Tel Aviv do Jerozolimy jechaliśmy pociągiem, zwykłym, a wyglądał jak nasze pendolino. Niesamowicie jechało się przez doliny i wzgórza, oraz góry. Jerozolima leży wśród gór Judei a ja nie mogłam oderwać wzroku, od tego co widziałam przez szyby. I takie też dziwne odczucie w serduchu, że jadę do bardzo ważnego miejsca. Zajechaliśmy na miejsce. Z dworca do miejsca zamieszkania wzięliśmy taxi (trzeba było się targować o cenę przejazdu, ale dało radę - no raczej Adrian dał radę). Mieszkanie w którym mieszkaliśmy było niecałe 20min od Starego Miasta i Bramy Jaffa. To było coś pięknego. Zostawiliśmy torby, przebraliśmy się i od razu poszliśmy na miasto. Niesamowicie było spacerować uliczkami mając w świadomości to, że gdzieś może na jednej z nich przechadzał się Jezus, bądź któryś z apostołów. Dla mnie osoby wierzącej było to bardzo ważne. Nasz pierwszy przystanek to była Ściana Płaczu - jedyna zachowana pozostałość Świątyni Jerozolimskiej. Każda osoba, która mówiła mi o tym miejscu, zawsze wypowiadała się, że to miejsce jest "magiczne", że coś niesamowitego jest w tym miejscu. Rzadko jakby przykładam wagę to takich słów o miejscach itp. Więc jak to mówi mój kumpel - wzięłam to na miękko i nie szłam tam z żadnymi oczekiwaniami. Oczywiście zapomniałabym dodać, że po Jerozolimie nie spaceruje się w krótkich spodenkach i koszulkach na ramiączkach. Raczej zaopatrz się w długie letnie sukienki, spódnice i zawsze miej przy sobie szal, którym możesz zasłonić ramiona, dekolt i szyję. Więc ubrana w długą sukienkę, mając w plecaku szal i mapę Starego Miasta, doszliśmy do wejścia pod Ścianę Płaczu. Nie wejdziesz ot tak sobie, najpierw przejdziesz przez wykrywacz metalu, a potem Twoja torba, plecak itp będą mieć to samo doświadczenie. Gdy wszystko będzie OK idziesz na plac, gdzie gdybyś był źle ubrany ;) dadzą Ci długą spódnicę i szal. Mężczyźni do swojej części, kobiety do swojej. Narzuciłam na siebie szal, podeszłam pod ścianę, położyłam rękę na kamiennym murze i zaczęłam się modlić. To co odczułam nie da się opisać słowami. Dla wyjaśnienia mogę napisać, że płakałam jak małe dziecko, nie mogłam się uspokoić, brakowało mi chusteczek i po raz kolejny w moim sercu wybrzmiała prawda, że wszystko co mam, mam dzięki Bożej łasce. I Jego obecność jest ze mną zawsze. A ta łaska każdego dnia jest świeża i nowa. I choć minęło tyyyyle lat, nadal w samych murach można odczuć tak namacalnie Bożą obecność - nigdy nie sądziłam, że takie coś napiszę, ale z prawdą i doświadczeniem walczyć nie będę. To jest to co przeżyłam będą pod Ścianą Płaczu. Od muru nie odchodzi się tyłem. Ty idziesz tyłem ciągle patrząc na Ścianę Płaczu - dlaczego? Ponieważ w tym miejscu zasiądzie kiedyś Król - Mesjasz a od tronu Króla nie odwracasz się plecami. Po podróży i doświadczeniach emocjonalnych padłam szybko spać. 


Kolejny dzień, kolejne plany. Wraz z moją przyjaciółką odłączyłyśmy się od grupy i postanowiliśmy ten jeden dzień spędzić tylko we dwie, spacerując swoim tempem. Czemu tak? Ponieważ to był piątek, gdzie dzień w Izraelu kończy się rozpoczęciem szabatu, a my chciałyśmy przejść całą Drogę Krzyżową, począwszy od Góry Oliwnej, przez więzienie gdzie przetrzymywali Jezusa oraz dalsze punkty. Chodzenia było bardzo dużo, plus miejsca tak ważne, że każda z nas chciała mieć swoje przemyślenia, swój rytm chodu, swój czas z Bogiem. Wystartowaliśmy z Kościoła św. Piotra, mieści się w miejscu gdzie stał dom kapłana Kajfasza (Nowy Testament) i gdzie Piotr zaparł się Jezusa. Z taką nostalgią zwiedzałyśmy to miejsce. Byliśmy też w grotach, gdzie przetrzymywano Jezusa. By odczuć ich zimno najlepiej przeczytać Psalm 88. To właśnie ten Psalm był przetłumaczony na wszystkie języki świata w jednej z grot. Czytając go w tam w tym dole, wyobrażając sobie jak to wszystko mogło wyglądać, doświadczasz jakby na nowo łaski zbawienia i doceniasz jeszcze bardziej ofiarę Jezusa. Z kościoła udaliśmy się prosto na Górę Oliwną, po drodze mijając pewnego Żyda, który śpiewał i modlił się pod jedną z bram starego miasta. Niesamowity miał głos. Wstąpiłyśmy pod bramę Miasta Dawida, ale zrezygnowałyśmy z wejścia, gdyż przeczuwałyśmy, że czeka nas niezła wspinaczka. Góra Oliwa, znajduje się po stronie dzielnicy arabskiej - jak niestety większość ważnych punktów do zwiedzenia. Jak doszłyśmy do Góry - niech to pozostanie słodką tajemnicą moją i Moni. Widok rozciąga się niesamowity. Tak jak zresztą widać na zdjęciu. 


Kolejny przystanek Ogród Getsemane - na samą myśl o tym, mam łzy w oczach. W ogrodzie mogłyśmy usiąść i poczytać Biblię, fragment z ewangeli Jana 17 i początek 18 rozdziału. Będąc  w tym miejscu, czytając te właśnie fragmenty, uświadamiasz sobie jak Jezus jako człowiek walczył ze sobą i z tym co miało nastąpić, lecz mimo wszystko poddał się woli Ojca, bym ja mogła żyć. Czytałam i płakałam. Płakałam i czytałam dalej. Z ogrodu Getsemane rozciąga się widok na Złotą Bramę - jest niesamowita. Kolejny przystanek to to już cała Droga Krzyżowa, począwszy na na Lwiej Bramie a skończywszy na Golgocie. Przeszłam tą drogą tylko ze względu takiego by zrozumieć jaką drogę musiał przejść Jezus, by lepiej móc potem wyobrażać sobie te wydarzenia czytają w domu Biblię, kiedy wiesz jak już je umiejscowić, nazwać, pamiętać jakieś punkty charakterystyczne. Przepraszam, za to co teraz napiszę, nie chcę nikogo urazić, ale pisanie bloga polega trochę na szczerości, więc .... jestem troszkę zawiedziona samą Golgotą. Nie tak tak to sobie wyobrażałam. Ścisk w kościele niesamowity, przepych na maxa, wszędzie złoto, kadzidła i jak dla mnie w ogóle nie potrzebne dodatki. Wystarczyła by mi zwykła góra z symbolicznie wbitymi 3 krzyżami. Jednak to co jest teraz na Golgocie, nijak ma się do tego o czym czytam w Biblii. To takie moje spostrzeżenia. Ten widok, który jest teraz nie zmienia znaczenia wydarzenia, jakie miało miejsce na Golgocie. Tam umarł Zbawiciel. Na szczęście zmartwychwstał! Po Golgocie jak najszybciej chciałyśmy trafić pod Ścianę Płaczu, tak jak wspomniała wcześniej był to piątek. Bardzo chciałam doświadczyć jak Żydzi rozpoczynają szabat, a wiadomo, że własnie spotykają się pod Ściana Płaczu zaraz po zachodzie słońca. To było WOW! BO inaczej nazwać tego nie można. Wszyscy odświętnie ubrani, od małych dzieci po starców. Śpiew, tańce, czytanie Tory to towarzyszyło tego wieczoru. I tak to późnych godzin nocnych. I wielka radość, radość, która chyba każdemu się udzielała, kto tam bym i to obserwował. 


Jednym z ostatnich miejsc w jakich byliśmy przed kolejną podróżą, to Muzeum Yad Vashem - Instytut Pamięci i Męczenników i Bohaterów Holocaustu. Holocaust jest kluczowym rozdziałem historii żydowskiej oraz wydarzeniem wyjątkowego znaczenia dla wszystkich narodów. Holocaust podważył zasadnicze poglądy i wartości cywilizacji ludzkiej, Jest on oznaką ostrzegającą dla nas i dla przyszłych pokoleń. Państwo Izrael zobowiązało się pamiętać i nigdy nie zapomnieć o zbrodni popełnionych na narodzie żydowskim. Stąd powstanie takiego właśnie muzeum. Sama nazwa muzeum pochodzi z księgi Izajasza 56;5 "...dam miejsce (Yad) w moim domu i w moich murach oraz imię (Vashem) lepsze od synów i córek, dam im imię wieczyste i niezniszczalne". Jadąc do muzeum zaopatrz się w dużą ilość chusteczek. Ciężko przejść obojętnie wobec tego co zobaczysz w muzem. Jest to zbiór pamięci, materiałów archiwalnych, książek, ubrań, wyposażenia mieszkań, świadectw tych, którzy przeżyli. Muzeum jest też niesamowicie multimedialnie zrobione. Zaczynasz ścieżkę od dojścia Hitlera do władzy, a kończysz na zakończeniu wojny, mijając po drodze, prawie każdy naród w Europie, gdzie były obozy, gdzie mieszkali Żydzi. Polska część była największa i zarazem dla mnie najsmutniejsza. Najbardziej dotknęło mnie widok mapy Europy, gdzie wskaźniki pokazywały ile Żydów mieszkało w danym narodzie. A na końcu wojny ile Żydów zginęło. Największa liczna w pierwszym jak i w drugim przypadku pokazywała Polskę. Kolejnym punktem, w którym emocjonalnie totalnie pękłam, był Pomnik Dzieci. Nie chcę tego opisywać, czasem lepiej jest milczeć. By na spokojnie zwiedzić muzeum potrzebujesz od 3-6h. Więc lepiej przeznaczyć sobie na to cały dzień. Nie tylko ze względu na czas jaki tam spędzisz, ale też ze względu na to jak później będziesz się czuł przez resztę dnia. Bo reszta Twojego dnia już nie będzie wyglądać tak samo, świat już nie będzie taki sam. 

Dużo bym mogła jeszcze napisać o Jerozolimie i miejscach, które tam widziała. Jak ktoś chce to z chęcią wpadnę na kawę i pokażę zdjęcia i coś tam trochę poopowiadam ;)
A jak się czułam? Świetnie! Żadnych dolegliwości, żadnych słabych dni. Żadnych bolących stawów i mięśni. Żadnej gorączki. Extra samopoczucie!




wtorek, 11 października 2016

Wakacyjne marzenia


Ponoć mówią, że marzenia się nie spełniają, ponoć czasem mówią, że nie warto marzyć, by nie tworzyć w swoim sercu nadziei. Ja jednak uważam, że warto marzyć, choć czasem na spełnienie tych marzeń sam zapracujesz. Właśnie w moim przypadku tak było. Wyjechałam na wakacje marzeń, do miejsca do którego chciałam pojechać od dłuższego czasu. Na początku września wylądowałam w Izraelu z grupą przyjaciół - z osobami, które mają ogromne znaczenie w moim życiu. To taki gratis do marzeń. Miejsca i właściwe osoby. Czego chcieć więcej. 

#TEL AVIV


Pierwszym miastem w której mieszkaliśmy przez 4 dni był Tel Aviv, która posiada reputację "śródziemnomorskiej metropolii, która nigdy nie zasypia". Jest jednym z liczniejszych miast Izraela - mieszka tu 405 tysięcy ludzi. Jest to też najdroższe miasto w regionie - co dało się odczuć mocno po kieszeni. Jednak może od początku. Szukając możliwości noclegów w Izraelu, moi przyjaciele trafili na opcję wynajmowanie mieszkań przez apkę Arnb (polecam każdemu, jeśli jedziesz większą grupą). Opcja o wiele tańsza niż hostel - w tym przypadku jeśli chodzi o Izrael. Mieliśmy całe mieszkanie do swojej dyspozycji i 30min piechotką od plaży. Nie ma powodów do narzekania. W każdym mieszkaniu jest klima i uwierzcie mi bez niej było by ciężko. Ja ogólnie jestem ciepłolubna - gorące temperatury to jest to co Aga bardzo lubi. Jednak jeśli Aga biorąc poranny prysznic, leje się zimną wodą - chociaż w kranie w Izraelu nie ma czegoś takiego jak zimna woda - i na dodatek otwiera okno, to na serio, serio było meeega ciepło. Wiele osób pytało, czy nie obawiam się podróży do tego właśnie kraju ...i od razu odpowiem, czułam się tam bezpieczniej niż u nas w Europie. Wszędzie widać wojskowych, którzy są sympatyczni. Wychodząc czy wchodząc na dworzec autobusowy masz sprawdzaną walizkę i przechodzisz przez wykrywacz metalu - na pierwsze wrażenie można się bać, ale z czasem się przyzwyczajasz i wpasowujesz w styl ich życia. 


Tel Aviv urzekł mnie swoją multi - kulti. Z jednej strony na spacerze spotkasz ortodoksyjnych żydów,  muzułmanów, afrykańczyków i wiele turystów. Ty, jako turysta możesz chodzić ubrany jak chcesz wiedząc, że nikogo nie urazisz (nie w każdym mieście Izraela tak jest). Kawiarnie, restauracje, puby, małe budki z falafelami - mniami! - niesamowite bloki mieszkalne, domki, hotele. Idąc tylko jedną uliczką widzisz piękne bogate budynki, a zaraz obok domek, który się rozwala i widać, że nie mieszkają tam najbogatsi. Przeplatanie bogactwa z biedotą na każdym kroku. Choć ani razu nie spotkałam bezdomnego czy tak zwanego przez nas "żula". Do tego mnóstwo ogrodów(250), parków(6), bulwarów(22), fontann (ciekawostka - na rondach ulicznych prawie wszędzie są fontanny - fajnie tak jechać samochodem i za każdym razem okrążać inną fontannę). Bazar - miejsce, gdzie można kupić wszystko, na serio wszystko. Od jedzenia po ciuchy, kosmetyki, zabawki i nawet gadżety z chin. Na bazarze zaopatrywaliśmy się w jedzenie - owoce (granat!), warzywa, pity, humus. Codziennie zajadałam się pitą z humusem i warzywami. A na kolacje przepyszny granat, melon, figi. Gotówka w Izraelu szybko idzie. Płacisz tam szeklami. Najlepiej jechać z dolarami i na miejscu wymienić sobie na szekle. Przelicznik co do złotówki wtedy kiedy my byliśmy był 1 do 1. Czyli 1 szekiel to 1 złotówka. Więc łatwo można było sobie przeliczać kasę. Przykład: serek wiejski w PL 3zł w ISR 6,50. Chleb w PL do 5zł w ISR do 15. Ser żółty 300g w PL do 6zł w ISR od 10-15. O ceny mięsa i kurczaka - dla nich kurczak to nie mięso - nie pytajcie. Spojrzałam raz i ani razu więcej - już najmniejsza porcja mięsa i jej cena mnie przeraziły. Jednak warzywa i owoce są tak sycące i pyszne, że można się tym najeść do pełna. Plus budki z falafelami do 15szekli za falafela, po którym brzuch masz pełen do wieczora. Jak jeszcze robi to Ci Żyd, który gada do Ciebie bo hebrajsku i dogadujecie się na migi - wspomnienia i smak niezapomniany. Do tego mnóstwo zabytków, muzeów, miejsc związanych z historią jak dom Ben Guriona (założyciel państwa Izrael) to wszystko w jednym mieście. Czy udało się wszystko zwiedzić? Pewnie, że nie. Jednak to co widziałam przez te 4 dni tak ciężko ubrać w słowa. 


Jadąc do Izraela nie tylko jedziesz w kwestiach religijnych, historycznych ale też dla relaksu. Ja taki relaks miałam kąpiąc się w Morzu Śródziemnym. Pierwsze wrażenia po zetknięciu z wodą? Bardzo ciepła i słona. Pierwsze chwile, kiedy zalała mnie kolejna z fal to szczypiąca i łzawiące oczy. Jednak przy kolejnym dniu i zetknięciu z wodą oczy się przyzwyczajają. Kąpiąc się w morzu śródziemnym nie chciałam z niego wychodzić. Było tak dobrze. Tak ciepło. Tak przyjemnie. I sorry nie chcę narzekać na nasze morze, ale szczerze nigdy więcej kąpieli w Bałtyku. Jak już raz doświadczysz czegoś lepszego, to do starego nie chcesz wracać. I ja tak mam z morzem. Nie ma porównania - przynajmniej dla mnie - chyba, że ktoś woli kąpać się w zimnej wodzie. I każdego dnia można było oglądać zachody słońca, choć te bardzo szybko mijały. Bardzo ciepły piasek, który czasem parzył i mnóstwo muszelek na brzegu. Choć jedna rzecz, która jest specyficzna na plaży w Tel Aviv to stukot piłeczek odbijających się od paletek. Tam KAŻDY w to gra na plaży. Takie są mniej więcej wspomnienia z Tel Avivu. Pewnie spytacie jak się czułam fizycznie? Na wyjazd do Izraela odstawiłam wszystkie leki. Po pierwsze żeby ich nie tachać, po drugie bym miała spokojnie przejście na lotnisku bez zbędnych pytań, po trzecie mój organizm był już wykończony taką porcją leków już prawie od 2 lat i zaczął się buntować. Więc mój lekarz dla mojego dobra, spokoju i odpoczynku powiedział, że mam je odstawić. Pierwsze dni czułam się świetnie. Nic mnie nie bolało, nie miałam gorączek, pełna energii i sił. Co dalej?? To już w następnym poście. 





poniedziałek, 11 lipca 2016

Fever?


Od dłuższego czasu, czyli od lipca 2015 zmagam się z codziennymi gorączkami lub stanem podgorączkowym. Od tego czasu nigdy nie miałam mniej niż 37,5 stopnia. Skąd wiem? Bo codziennie to sprawdzam i wpisuje wyniki w specjalną apkę na telefonie. Przydaje się. Choć każda osoba, która mierzyła mi temperaturę była pewna, że sprzęt się popsuł, bo przecież niemożliwe jest mieć codziennie temperaturę. A jednak możliwe.

Zastanawiacie się jak można tak funkcjonować? Na początku łatwo nie było. Dla niektórych 37,6 to już stan, gdzie nie wychodzą z domu i leżą w łóżku. Ja tak dobrze nie miałam. Trzeba było chodzić do pracy i robić rzeczy, za które brało się odpowiedzialność. Oczywiście bywały dni, gdy zostawałam w domu, ale wtedy moja temperatura było koło 38,9. I mniejszych stopniach zagryzało się zęby i robiło się to co należy. Za dużo rzeczy fajnych działo się w moim życiu bym większość dni przeleżała w łóżku. Codziennie gorączki to stan do którego niestety się przyzwyczaiłam (choć obiecałam sobie, że nigdy nie przyzwyczaję się do świadomości, że jestem chora - dla mnie to będzie jak przegrana walka). Gdy się przyzwyczajać to przestrzegać dostrzegać najmniejsze zmiany w organizmie i jego reakcje. Więc przestałam dostrzegać czy mam 37,7 czy 38,7 już dla mnie to nie miało żadnego znaczenia. Nie chciałam dać za wygraną więc przyzwyczaiłam się, nie przejmując się jak się czuję i jaka jest temperatura. Tak bardzo nie dostrzegałam zmian, że nawet nie zauważyłam, że coś dobrego się zmienia, że nadchodzi mała zmiana.

Ostatnio znów miałam zabieg hipertermii, doszłam do 39,4. Podczas zabiegu rozmawiałam z koleżanką na temat leczenia. I od słowa do słowa spytała mnie jak tam moje gorączki. I nagle sobie uświadomiłam, że nie czuję już ciepłego czoła w ciągu dnia, że moje oczy nie wydają się jakby płonęły ogniem, że jest inaczej. Jednak by być pewnym na 100% zaczęłam mierzyć codziennie temperaturę i obserwując czy zmiana zaszła na dobre czy to chwilowe. Więc z całą pewnością mogą stwierdzić, ze od 3 tygodni nie miałam ani razu gorączki ani stanu podgorączkowego. Śmieją się ze mnie w pracy, że pierwsze co robię to sprawdzam temperaturę - ale ja chcę mieć pewność tego, że z ciemnej doliny powoli zmierzam ku zielonym pastwiskom. Mały sukces! Dla mnie ogromna zmiana! Cieszę się, że w porę ją dostrzegłam. 

Kolejna lekcja z życia: nie przyzwyczajaj się do stanu w którym jesteś, bo w porę możesz nie dostrzec zmiany jaka zachodzi w Twoim życiu

wtorek, 28 czerwca 2016

11


11, czyli mój jedenasty zabieg hipertermii. I kolejny mały sukces.

#Hipertermia
Urządzenie, czyli łóżko na którym się leży, dzięki udoskonalonej technologii promienników, ciało pacjenta poddawane jest  tylko i wyłącznie działaniu podczerwieni w paśmie. Co umożliwia podniesienie temperatury ciała pacjenta do 40 stopni C w rekordowym czasie około 60 minut oraz większym komfortem. Pacjent jest umieszczony bez odzieży w wygodnej siatce pod delikatnym przykryciem z folii termicznej. Oprogramowanie umożliwia wizualizację oraz dokumentację najważniejszych danych dotyczących zabiegu hipertermii, tzn. pomiar 3 temperatur, pomiar pulsu na palcu, pomiar saturacji tlenowej, sterowanie 6 promiennikami, czas zabiegu, parametry zabiegu.

#Relanium
Tak znów musiałam mieć podany ten lek. Lek uspakajający, nasenny, zmniejsza napięcie mięśni, przeciwlękowy. Tym razem zareagowałam inaczej. Byłam senna, otępiała, zamulona. Bardzo chciało mi się spać. Choć dziewczyny robiły wszystko bym nie zasnęła. Dzięki takiemu "otępieniu" i wyciszeniu, wytrzymałam prawie 2h na łóżku. Kolejny mały sukces.

#Zabieg
Od początku dobrze szło. Bardzo szybko zaczęła podnosić mi się temperatura. Tak jak do tej pory przekroczenie 38,5 to było jak przebijanie się przez ścianę, tym razem z każdą minutą temperatura szybko wzrastała. Kiedy przekroczyliśmy 39,4 podano mi antybiotyk w kroplówce. Hipertermia ma sens kiedy w fazie gorączki między 39,0-40,0 stopni podawany jest, jak w moim przypadku, antybiotyk. Bakterie czy wirusy atakowane są ze z dwojoną siłą - temperaturą i lekiem. Miałam podany Taclar (Klarytromycyna) nie jest to fajny antybiotyk. Musi lecieć powoli bo gdy dostaje się do żyły to powoduje uczucie pieczenia, jakby żyły Cię bolały i szczypały. Po dłużej chwili masz metaliczny posmak w ustach, więc fajnie mieć przy sobie jakąś gumę lub mentosa. Ten metaliczny smak jest nie do zniesienia. Z racji tego, że antybiotyk ma dostawać się do organizmu w wolnym tempie to prawie 1h wytrzymałam na temperaturze 39,4. Gdy później z czasem zmniejszaliśmy temperaturę lamp, to moja gorączka mimo wszystko się utrzymywała bardzo długo na 39,4. Co było dla mnie kolejnym sukcesem. 

#Relaks
Ważne by po zabiegu odczekać przynajmniej z 30min w sali relaksacyjnej. Po pierwsze by ciało się ochłodziło, po drugie by reakcja na relanium się zmniejszała. Choć tak miałam wrażenie, że jestem dalej "otępiała". Gdy zajechałam do domu bardzo chciałam obejrzeć mecz Polska -Ukraina, jednak zmęczenie zabiegiem, skutki relanium zrobiły swoje i zasnęłam. Jak małe dziecko poszłam spać po 18.00. Jednak to dobrze, sen powoduje regenerację organizmu. Cieszę się, że Polska wygrała. 

Przede mną jeszcze z 2-3 zabiegi z podaniem antybiotyku. Mam nadzieję, że kolejne zniosę tak dobrze jak ten. 








wtorek, 7 czerwca 2016

EMG


Tak jak pisałam wcześniej, zlecono mi bardzo dużo badań. Nie będę opisywać każdego, tylko takie, które uważałam za uzasadnione. Z badań krwi miałam jeszcze badanie na CD57 (wynik wyszedł super - mój organizm zaczyna walczyć z chorobą), gruźlica (na szczęście jej nie mam), Bartonella (też jej nie mam). Ostatnie z listy było badanie EMG.

#EMG
Elektromiografia (EMG) to badanie elektrofizjologiczne, którego celem jest ocena funkcji mięśni i nerwów. EMG jest pomocne w diagnostyce wielu chorób nerwowo-mięśniowych, ponieważ pozwala zlokalizować zmiany patologiczne w mięśniach, ustalić ich wielkość i charakter, a także określić dynamikę procesu chorobowego w badanym mięśniu. W związku z tym badanie elektromiograficzne można wykorzystać w celu rozpoznania stwardnienia bocznego zanikowego czy rdzeniowego zaniku mięśni. Jest stosowane także  w celu diagnozy chorób, w przebiegu których doszło do uszkodzenia nerwów na skutek ich ucisku.

#Badanie
Samo badanie nie jest inwazyjne, ponieważ do jego wykonania wykorzystuje się elektrody powierzchniowe, które umieszczone są na skórze. Badanie ma na celu ocenę przewodnictwa nerwowo-mięśniowego, przy pomocy stymulacji serią supermaksymalnych bodźców. Przez elektrody przepływa bodziec elektryczny i sprzęt rejestruje pracę mięśni lub nerwów i zapisuje je na wykresie.
Czy to boli? Nie, ale czasem były takie dziwne ukłucia i jak by prąd Cię kopnął ;)

#Wynik
Czekałam na niego 2 tygodnie. I tak naprawdę szłam po wynik z wielką nadzieją, bo przecież tyyyle badań wyszło już dobrze. Miałam nadzieję, że zostanie do wyleczenia tylko chlamydia pneumoniae i mycoplasma pneumoniae i z głowy. Z tymi dwiema zarazami powalczę ;)
Wynik okazał się niezbyt dobry. Od razu kontakt z lekarzem i pytanie "co robimy?". Najlepszą opcją okazało się zrobienie biopsji mięśni w Warszawie. WHAT! Kolejne badanie, kolejne czekanie ....prawda jest taka, że nie mam już na to sił. Ostateczna decyzja o zrobieniu biopsji zapadnie po wizycie u neurologa.

Prawdę mówiąc jak na razie to do mnie nie dochodzi. W sensie wypłakałam już swoje, ale jakby póki jeszcze neurolog mnie nie widział, jest nadzieja, że biopsja nie będzie konieczna. Ostatnio gdy brak sił i kiedy mam wrażenie, że zaraz się podam ... słucham tego (tu w polskiej wersji) ....